niedziela
MarudzenieBiblioteka ZPAF
Przeczytałem ostatnio w Biuletynie Fotograficznym, że Dzienniki Westona są do wypożyczenia w bibliotece ZPAF. Muszę wniknąć.
Emsi się nie odzywa, pewnie jeszcze na południu. Paczor twierdzi, że jest odbezpieczoną miną, a Mike Jonston zżyma się na Dzień Bez Fotografii. Co za czasy…
Ja natomiast wróciłem znad morza naszego prawie pięknego.
Urlop był ogólnie jednotygodniowy, ale nad Bałtykiem spędziliśmy zdaje się 3 dni. I to aż tyle dlatego, bo obiecałem mojemu synowi – inaczej ucieklibyśmy chyba zaraz na drugi dzień po przyjeździe. Oczywiście wziąłem cały mój rosyjski zestaw z ARAXem, trzema szkłami (50mm, 80mm i 180mm Sonnar – ten ostatni to chyba najfajniejsze szkiełko, jakie miałem w ręku) oraz filmy na różne okazje – Deltę 100, Velvię 50 (bo jeszcze mam), Fuji 400H (bo chyba tak się nazywa ten zamiennik NPH) i nawet starusieńkiego APXa 100. Co się okazało? Że jestem zbytnim optymistą, albo że nie potrafię na nasze morze spojrzeć tak, by zobaczyć piękne obrazy. Ergo – zrobiłem w sumie tak mało zdjęć, że aż wstyd.
Próbowałem znależć przede wszystkim jakąś miejscowość nie skażoną tak bardzo przez najazdy hord turystów, którzy zbyt opaleni chodzą na nadmorskie kebaby i jeżdżą dziwnymi czerwonymi ni to rowerkami, ni samochodzikami. Szukałem jednym słowem wioski, w której wypływają rybacy w swoich małych odmalowanych łodziach na połowy. Niby znalazłem coś takiego na półwyspie Hel (nawet było fajne molo i stara keja), ale że było nie potej stronie Helu, co chciałem, żadnych zdjęć nie zrobiłem.
Jedynym ciekawym momentem była plaża za Jastrzębią górą – chyba w Ostrowie, czy jak tam ta miejscowość się nazywała. Na plaży była pozostałość po jakimś starym molo, niebrzydki brzeg i niezła pogoda – zgarnąłem więc moją partnerkę seksualną i postanowiłem czekać na zachód słońca.
Tuż przed zachodem, gdy niebo miało już barwy kiczowatych czerwieni, turyści okazali się ukrytymi fotografami i wyciągnęli swoje cyfraki i inne cuda (razem z telefonami, które przecież niezłe foty trzepią ;))
Spodziewałem się więc, że po zachodzie, jak już światło będzie nieciekawe, nic ładnego nie zostanie, owi fotografowie cudni błyskający fleszami w stronę małych fal zmyją się czym prędzej. Otóż płonne to nadzieje – nie wiem, co ci ludzie robią o takich porach, ale tuż przed godziną 22-gą, parę minut po zachodzie, na plaży krzątały się jeszcze niedobitki wchodząc między mnie a rozkładany przez Kasię statyw.
Pierwszy raz robiłem takie zdjęcia – trochę tremy miałem ;)
Pomierzyłem światło soniakiem, dobrałem filtr połówkowy, bo niebo było nadal za jasne w stosunku do tafli wody i ustawiwszy wszystko i wykadrowawszy nacisnąłem spust migawki na 34 sekundy (oczywiście po uwzględnieniu poprawki na efekt Schwarzschilda).
Jak się zaznajomię z tym endżinem blogerowym, to może wrzucę zdjęcie z efektem tego wypadu. Jedno jest pewne – dzięki tym ujęciom, nie musiałem przeżywać kaca moralnego, który niechybnie dopadłby mnie, gdybym 500km od domu nie zrobił zdjęć żadnych.
Post Tags: Arax, biblioteka, biuletyn, E. Weston, efekt Schwarzschilda, inspiracja, Mike Jonston, Paczor
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (88)
- Co zrobić? (86)
