poniedziałek
Artykuły, Fotografie, Informacje, Kadrowane w kwadrat, Polecane, Warsztat fotograficzny, Wkręty historyczne, Zdjęcia koloroweKto chętny na Hasselblada?
12 sztuk do rozdania – wystarczy podskoczyć i zabrać. Leżą i czekają. Ktoś reflektuje? ;)Tak, tak – może niekoniecznie są to modele, takie jak na obrazku obok (foto: The Hasselblad Resource Page), ale są.
A wszystko zaczęło się w 1962 roku.
Gdy NASA planowała swoje wielkie misje w tak zwany Kosmos, spece, którym powierzono stworzenie odpowiedniego aparatu usiedli i zaczęli kombinować. Kombinowali tak sobie do momentu, gdy jeden z nich rzucił „To zaczyna wyglądać jak mój Hasselblad!”
No i co mieli zrobić? Poszli odwiedzić najbliższy sklep w Houston (Texas) i kupili sobie 500-tkę ze standardowym Planarem 80mm. :)
Oczywiście musieli jeszcze trochę pracy włożyć w dostosowanie aparatu do warunków w próżni, ale solidne fundamenty mieli już w ręku.
Usunięto z aparatu wszystkie zbędne elementy, wymieniono standardowe smary (które w próżni nie miały większych szans – mogły chociażby wyparować), zmieniono wykończenie tak, by chronić film przed okrutnymi różnicami temperatur (na srebrne), zmieniono również projekt obiektywów, by łatwiej było je obsługiwać w niewygodnych kosmicznych mundurkach.
Inżynierowie postanowili też dodać tzw. płytkę Roseau (jej efekty widoczne na zdjęciu obok /fot. NASA/)- zrobiona ze szkła i zamocowana blisko płaszczyzny filmu, miała wygrawerowane krzyżyki formujące swego rodzaju siatkę – wykalibrowana z dokładnością 0.002 mm miała służyć do „obliczania” występujących w kadrach odległości. Takie płytki zresztą bywały już wcześniej stosowane chociażby w kartografii – tyle że na wielkoformatowych negatywach (Hasselblad po raz pierwszy zrobił coś takiego w tak małym aparacie).
Tu zresztą pojawił się niemały problem – otóż podczas naciągu filmu, występuje zgromadzenie na nim ładunków elektrostatycznych, które następnie są zazwyczaj (czyli w warunkach ziemskich, w naszej atmosferze w szczególności) odprowadzane przez metalowe części w powietrze. No dobra, ale w próżni nie ma ani powietrza, a tym bardziej film nie ma przez cholerną płytkę Roseau kontaktu z przewodnikiem! To teraz wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby ktoś o tym nie pomyślał – pal licho ewentualnie nieudane zdjęcia! Co by było, gdyby taki ładunek elektrostatyczny zaiskrzył w sztucznie wytworzonej atmosferze o podwyższonej zawartości tlenu?
Na szczęście znalazł się mądry, pomyślał, zaprojektował niezwykle cienką warstwę przewodnika, którą nałożywszy na płytkę połączył z metalowymi częściami odpowiednimi sprężynkami, et voila!
Naprawdę, czasem aż trudno uwierzyć, że im to wyszło.
Oczywiście, jeśli chodzi o film, to panowie inżynierowie też musieli przysiąść i popracować. Dzięki temu powstała (na bazie materiałów Kodaka, a jakże) specjalna cienka emulsja do misji m.in. „księżycowych” – podwójnie perforowany film 70mm.
Wracając do sprzętu – sama NASA nie potrafiła sobie poradzić ze zmianami, jakich wymagano od sprzętu Hasselblada – w efekcie w Göteborgu powstała oddzielna sześcioosobowa grupa inżynierów, która jedyne czym się zajmowała – to modyfikacją sprzętu na potrzeby Misji. W sumie niezłe pieniądze musiały wchodzić wtedy w grę.
Ale wychodzi na to, że wszystkim się opłaciło – Armstrong porobił w końcu fotki na Księżycu.
Wiadomo, plenerek nieziemski, ale chyba bym się nie chciał z nim zamienić. Nie dość, że warunki paskudne (człowiek zamknięty w puszce), to jeszcze samo fotografowanie do przyjemnych chyba jednak nie należało – nie potrafię sobie wyobrazić przytwierdzonego do skafandra (który nota bene krępuje ruchy) aparatu, którym można kierować jedynie przez ruchy całym swoim ciałem. Do tego jeszcze procedury Houston.
Już widzę tą scenę – łapię kadr, kręcę (ledwo co, ale jednak) biodrami jak stara gruba murzyńska tancerka, potem próbuję namierzyć te wszystkie pokrętła rękami w grubych rękawicach, i cały czas muszę pamiętać o tym, żeby wykrzyknąć do mikrofonu w odpowiedniej chwili „Teraz robię zdjęcie!” ;))
A kolega tylko patrzy na Ciebie i po cichu współczuje…
A tak serio – to „teraz robię zdjęcie!” to znak dla kontroli naziemnej w Houston, gdzie zapisywano dokładną godzinę zrobienia zdjęcia i trzymano kontrolę nad ilością naświetlanych klatek w filmie. Taki EXIF, wersja Ziemia-Księżyc.
No i dochodzimy do sedna historii. Otóż wybierając się na taką misję z aparatem o budowie modułowej, trzeba zabrać z powrotem próbki gleby księżycowej. A że człowiek nie wielbłąd, to albo nie weźmie próbek, albo zostawi aparat. Co zrobił człowiek? Zostawił aparat, biorąc same filmy. Jak podają niektóre źródła, w okolicy Morza Spokoju w latach 1969-1972 zostało 12 tych historycznych body.
Nic, tylko brać!
Post Tags: Hasselblad, kadrowanie, księżyc, NASA, starocie
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (88)
- Co zrobić? (86)




wrz 9, 2006
Reply
Kurdę, Rudolf! Już mi narobiłeś smaka, że są takie Hasselblady faktycznie gdzieś do wzięcia, a tu lipa … A artykuł fajny, wcześniej widziałem te kosmiczne modele, ale nie znałem całej historii.
maj 15, 2007
Reply
zawijam kiecę i lecę
mar 7, 2008
Reply
Już jch tam nie ma. Wczoraj je pozbierałem i przyznam są w niezłym stanie.