Zawsze Kwadrat

Sign In

RSS


1120
uzaleznionych
od ZawszeKwadratu

lis 14
środa
Artykuły, Informacje, Lenswork i czasopisma, Polecane
Rynek czasopism fotograficznych – dlaczego jest tak mało dobrych publikacji?

Na forum APUG wyczytałem ostatnio o podniesieniu ceny detalicznej mojego ulubionego magazynu fotograficznego, LensWork. Cena prenumeraty pozostała na tym samym poziomie, więc nie przejąłbym się całą sprawą, gdyby nie dość niezwykłe tło tego typu biznesów, wytłumaczone przez właściciela i wydawcę LW (Brooks Jensen) w jednym z postów w dyskusji, która zdążyła zresztą nabrać rumieńców.
Swoją drogą, jeśli rzeczywistość wygląda podobnie w Polsce, to nie dziwię się, dlaczego mamy
takie problemy z naszymi tytułami o tematyce fotograficznej!
Poniżej tłumaczenie wpisu Brooksa, za zgodą autora – zachęcam do czytania, na mnie rzecz zrobiła duże wrażenie.

[...]
Niektórzy z was mogą nie do końca orientować się, jak wygląda dystrybucja magazynów. Nie mam sekretów, więc wam powiem. Wszystkie magazyny (technicznie periodyki, identyfikowane przez ich numer ISSN), które pojawiają się na półkach Borders, Barnes&Noble i im podobnych (sklepy typu EMPIK, przyp. tłum.) są kupowane od wydawcy bez jakiejkolwiek gwarancji zapłaty.
Jeśli wysyłamy 10 kopii do danego sklepu, dostajemy pieniądze (6 miesięcy później, jeśli mogę dodać) tylko za te egzemplarze, które się sprzedały. Reszta jest niszczona, a my nie dostajemy za nie żadnej gratyfikacji. Oczywiście, to my ponosimy koszt produkcji każdego egzemplarza, ale dystrybutor płaci tylko za te, które się sprzedadzą. Nie dostajemy nawet zwrotów, które moglibyśmy sprzedać na własną rękę – niesprzedana reszta jest niszczona i utylizowana.

Gorzej – dostajemy za egzemplarz mniej (znacznie mniej) niż połowa ceny z okładki.

Jeszcze gorzej – jeśli egzemplarze zostaną ukradzione z salonu sprzedaży, dostaje nam się za straty sklepu poniesione w wyniku kradzieży (No i zobaczcie, gdzie tu sprawiedliwość?)

Jeszcze gorzej – płacimy za transport z drukarni do dystrybutora.

Jeszcze gorzej – płacimy za transport od dystrybutora do lokalnych sklepów.

Jeszcze gorzej – płacimy za reklamę, by sklepy w ogóle dowiedziały się o magazynie.

I płacimy roczny abonament za przywilej sprzedawania naszego tytułu.

Jak już to wszystko podsumujemy, wychodzi, że wydawca magazynu NIGDY nie zarobi złamanego grosza za egzemplarze sprzedawane detalicznie. Dlaczego tak się dzieje? To głupia gra, ale wyjaśnię z grubsza, na czym polega.

Większość magazynów utrzymuje się na rynku z przychodu z reklam. Ten przychód jest zależny od ilości kopii, którą się dystrybuuje. Więc jeśli na półki sklepowe trafia 50 sztuk, reklamodawca dostaje raport zawierający liczbę 50, nawet jeśli te 50 egzemplarzy się nie sprzeda. Im więcej kopii wyślemy do sklepu, tym więcej wpisujemy w raporty dla reklamodawców, i tym większy rachunek możemy im za to wystawić. Małym i brudnym sekretem jest fakt, że większość kopii w sklepach się nie sprzedaje, po czym są niszczone – ale o tym fakcie niechętnie się w biznesie rozmawia. Z tych wszystkich zniszczonych kopii nie ma zysku dla reklamodawcy, nie ma zysku dla sklepu, jest to okropne marnotrawstwo papieru i środowiska, ale zwyczaj jest tak utarty, że gra toczy się dalej. Właściciele magazynu generalnie robią wszystko, co się da, by podnieść liczbę swoich tytułów na półkach – po prostu po to, by wystawiać większe faktury swoim reklamodawcom, bez względu na jakość swoich wydań, marnotrawstwo zasobów użytych w druku, i nie zważając na głupotę całego systemu. My, najzwyczajniej odmawiamy bawienia się w takie gierki.

Tak przy okazji, to jest właśnie powód, dla którego większość periodyków jest drukowana na tak żenującym poziomie, w porównaniu z dostępną technologią. Żeby wrzucić do łańcucha dystrybucji jak najwięcej kopii – bez względu na to, że wydawcy doskonale zdają sobie sprawę z faktu, że większość się nie sprzeda – wybierają najtańszy druk, żeby zapewnić sobie jak najniższy koszt pojedynczego egzemplarza. Właśnie dlatego czasopisma są zazwyczaj drukowane na maszynach rolowych, zamiast, jak w przypadku LensWorka, na arkuszowych. Jeśli tak wiele kopii typowego magazynu nie będzie tak naprawdę nigdy czytanych przez kupujących, po co płacić dodatkowe pieniądze za super-jakość druku (tym bardziej, jeśli liczba egzemplarzy jest ważniejsza niż jakość)?

Według nas, cały ten scenariusz jest zwyczajnie głupi. Zawsze działaliśmy na innych zasadach. Od pierwszego dnia, powiedzieliśmy sobie, że LensWork przetrwa (lub nie) przede wszystkim dzięki jakości publikacji. Kropka. Żadnych gierek, żadnego wkręcania reklamodawców, żadnych dystrybucyjnych sztuczek, żadnego kompromisu w jakości druku. Przestaliśmy korzystać z zewnętrznych reklamodawców w 2002. Pokładamy wiarę w jakości naszych publikacji, w staranność doboru materiału, który wypuszczamy, w wysiłek, jaki wkładamy w reprodukcję fotografii z użyciem najlepszych technologii, oraz w to, że jest wystarczająca ilość ludzi dzielących naszą pasję fotografii, którym zależy na tym, by publikacja, jak LensWork istniała na rynku. Mamy nadzieję, że kupicie nasz tytuł, jeśli wydamy magazyn, który według was jest wart uwagi i dodaje coś do waszego fotograficznego życia. I liczymy, że skorzystacie z prenumeraty – gdzie nie ma marnotrawstwa, nie niszczy się kopii, nie prowadzi się głupich gierek przy dystrybucji. Kontynuujemy sprzedaż detaliczną LensWorka po prostu po to, żeby ludzie mogli go znaleźć, i ewentualnie kupić prenumeratę. To taka ekspozycja dla nowych klientów, nic więcej.

Nigdy nie bałem się sprzeciwić pewnym zasadom, jeśli uważam, że mam rację. I to jest właśnie przykład tej filozofii w akcji, w świecie biznesu.

Wszyscy, których korciło uruchomienie własnej publikacji, mogą potraktować to jako swojego rodzaju elementarz w biznesie magazynów.
[...]


Post Tags: , , , ,

8 Responses to “ Rynek czasopism fotograficznych – dlaczego jest tak mało dobrych publikacji? ”
  1. I to jest smutne potwierdzenie prawdziwości teorii Kopernika o tym, że gorsza waluta zawsze wypiera walutę lepszą. Działalność wydawnicza jest traktowana prawie wyłącznie jako jeden z rodzajów biznesu, w niczym nie lepszy niż sprzedaż kartofli i nie stawiający wydawcom szczególnych wymagań intelektualnych.
    Niszczenie niesprzedanych egzemplarzy dla uniemożliwienia ich dalszej sprzedaży jest zwykłym draństwem. Z tym zjawiskiem zetknęliśmy się również w Polsce, bo był w latach 90-tych okres, kiedy można było kupić w KMPiK-ach przeterminowane tytuły czasopism po obniżonych cenach. Potem taka praktyka została zakazana, jako szkodliwa dla biznesu. Szkody dla kultury nie mają żadnego znaczenia.
    Pozdrawiam
    Leo

  2. przykre to wszystko wielce.
    obawiam się, że podobnie jest z książkami… często nie widać na półkach księgarni nawet pojedynczych egzemplarzy .. ciekawe jak to jest z księgarniami netowymi… ? podobnie?
    pozostają chyba tylko bezpośrednie zakupy u autora ;)

  3. „bo po co trzymać w sklepie nieaktualne reklamy… „

    agrh, w tym świecie liczy sie tylko biznes:/

  4. Z książkami w niektórych wydawnictwach jest identycznie. Co się nie sprzeda to się niszczy od razu albo dopiero po tym jak przyjdzie zwrot z tanich księgarni. Smutne, ale prawdziwe.
    W niektórych tanich księgarniach nadal sprzedawane są czasopisma po obniżonych cenach. Jednak w żadnej z nich nie widziałem ani jednego magazynu fotograficznego, oczywiście mowa tu o rodzimej prasie, bo zagranicznego periodyku w takich miejscach nie uświadczysz.

  5. Dzięki Twojej rekomendacji tego czasopisma przyszedł już do mnie pierwszy numer subskrybcji. Dziekuję.

  6. Aleksander Lucis

    lis 15, 2007
    Reply

    Potraktował bym tekst Brooksa jako całkiem dobry PR. Czy lepiej sprzedawać w prenumeracie? Oczywiście że lepiej, bo spora część kosztów odpada. Do tego zapewne zmierza każdy wydawca i zależy też na tym wydawcy LensWork.

    Po pierwsze pośrednictwo kosztuje i faktycznie ponad połowa ceny która płaci klient pochłaniana jest przez koszty związane z produkcją i dystrybucją. Faktycznie „publiszer” ponosi koszt transportu swojego towaru i faktycznie z jego portfela pochodzą pieniądze wydane na reklamę.

    Czy to jest dziwne? Nie, to jest normalne i powszechne. Działa tak nie tylko wydawca prasy, ale też dla rzeźnik, producent uszczelek i sexshop. W każdy towar/usługę wliczone są koszty jakie musi ponieść producent czy usługodawca a w efekcie klient.

    Co do raportów dla reklamodawców to zdziwiony jestem, że w USA (albo tylko Pan Brooks) bierze się pod uwagę liczbę magazynów na półkach. Od oceniania wartości reklamy jest nie wielkość nakładu, ale wskaźnik czytelnictwa. Dla takiego tytułu jak LensWork czytelnictwo jest co najmniej kilkukrotnie większe aniżeli nakład.

    Co do polskich realiów to EMPIK życzy sobie jakieś 35%. Tyle że z EMPIK-iem się nie porozmawia, tylko z następnymi pośredniczącymi firmami, które biorą następne 10-15%. W większości przypadków wyjdzie te 50% z okładki. Co ważne magazyny wracają do wydawcy (nie wiem czy to wymaga jakiś specjalnych uzgodnień, ale raczej nie) i może sobie je… zutylizować.

  7. @a.lucis: dla mnie dziwne jest, że detaliczna sprzedaż służy wyłącznie ekspozycji dla nowych klientów.

    Ale tak btw: czy to, co piszesz wynika z Twoich doświadczeń w Polsce? Pytam, bo ciekaw jestem właśnie, jak się ma analogiczna sytuacja w naszym kraju. A widzę po półkach, że nie wykluczone, że jednak jest podobnie.

  8. Aleksander Lucis

    lis 15, 2007
    Reply

    Powiem szczerze, że brak mi wiedzy co do rynku amerykańskiego, ale śmiem przypuszczać, że jest dość podobny do angielskiego. Oznaczało by to że liczba sprzedanych egzemplarzy w prenumeracie jest faktycznie bardzo wysoka, ale nie sprowadzałbym detalicznej sprzedazy do ekspozycji, a napewno nie w Polsce. W naszym kraju takie tygodniki jak Wprost, czy Przekrój sprzedają w prenumeracie 5-10% swojego nakładu. Angielski The Economist rozsyła 3/4 egzemplarzy co tydzień. Niemieckie magazyny czesto osiągają stosunek 50/50.

    Nie orientuję się jakie sa dane sprzedazy przez internet dla The Economist, ale taki Newsweek Polska w sieci sprzedaje jakieś 1000 numerów z danego wydania. To bardzo mało.

    Sytuacja w Polsce jest analogiczna jeśli chodzi o koszty dystrybucji, natomiast dużo mniej sympatyczna kiedy spojrzymy na prenumeratę, czy sprzedaż w internecie. Nie ma u nas kultury prenumerowania pism nie ma tym bardziej ruchu w necie.

    Już całkiem off topic – Jestem za ideą „kiosków drukarskich”. Stajesz przed ekranem dotykowym, palcem przerzucasz okładki jak na iPhone i wybierasz co Ci pasuje. Egzemplarz jest na Twoich oczach drukowany w kilkanaście sekund (do wyboru różna jakość druku, z reklamami lub bez, oczywiście zróżnicowane ceny) i z świeżutkim magazynem odchodzisz ciesząc się, ze nikt wczesniej go nie popalcował. Takie gazety i magazyny mogłyby być uzupełniane „w biegu” przez sieć i drukując wieczorem miałbym tym samym nowszą wersje aniżeli ten czytający do porannej kawy. :-)


Post a Comment



Utwory autora tej strony sa dostępne na licencji Creative Commons. | Logo design by Michał Apanowicz | News Plus wordpress theme brought to you by Zidalgo.