Zawsze Kwadrat

Sign In

RSS


1235
uzaleznionych
od ZawszeKwadratu

kwi 09
środa
Artykuły, Fotografie, Marudzenie, Pisane prozą, Plenery fotograficzne, Polecane, Wokół ludzi, Wywiady i rozmowy, Zdjęcia kolorowe
Jak znaleźć swojego Mistrza Fotografii?

Na początku… na początku jest euforia. Pierwsze „udane” zdjęcia, duma, pokazywanie wszystkim, radość z magii, jaką daje zatrzymanie czasu na fotografii.
Potem jednak, dla każdego przychodzi taki czas, gdy pojawia się pytanie – co ja tak naprawdę umiem? Czy umiem robić zdjęcia?

I pojawia się głód wiedzy.

Fotografii można się uczyć na wiele różnych sposobów (z książek, od kolegi, wójka, babki od strony matki, czy z Internetu). Czasem ludzie chodzą na kursy, uczestniczą w warsztatach, nawet zapisują się na studia. Są też tacy, co twierdzą, że fotografować nauczyli się sami, bez niczyjej pomocy. Nie wierzcie im – zaprzedali duszę diabłu, i tyle.

Jest jednak sposób na naukę, który sprawdza się najlepiej od setek lat: należy znaleźć sobie Mistrza.
Instytucję Mistrza znacie pewnie z filmów, może nawet z książek. Mistrz skarci, poradzi, pokaże, dopilnuje, pomarudzi, każe robić dziesiątki bezsensownych ćwiczeń – no, wiecie chyba, jak działają Mistrzowie? Jedno jest pewne – jeśli już jakiś Mistrz nas zaakceptuje, na pewno czegoś się od niego nauczymy. Zawsze tak było, jest i będzie. Jeśli jednak w czyjejś głowie powstała myśl, że Mistrzów już się nie spotyka – to się grubo myli.

Kadr z pewnego filmu. Filmu z Mistrzem.
„Kill Bill”, 2003

Pozwolę sobie przypomnieć krótko historię Tomka Niewiadomskiego. Jest to typowa opowieść, zupełnie jak z filmu, której swego rodzaju zwieńczeniem była wystawa w Warszawie jakieś 3 lata temu oraz otwarcie Galerii 65.
Ale nie uprzedzajmy faktów. Najpierw był głód wiedzy, uczeń (Tomek Niewiadomski), Mistrz (David Michael Kennedy) oraz szlachetna technika platinum/palladium.

Uparłem się, żeby odbyć warsztaty u Davida. — mówi Tomek w wywiadzie dla Rzeczpospolitej. — Sekretów technik platinum i palladium nie można się samemu nauczyć, przekazywane są w bezpośrednich kontaktach uczniowi przez mistrza.

(…)David nigdy nie przyjmuje więcej niż jednego ucznia. Adept uczy się i mieszka w jego domu, na prawach członka rodziny. Najpierw kandydat zostaje poddany ciężkiej próbie. Mistrz każe dzwonić w terminie określonym co do minuty na przykład o 14: 11. Jeśli telefon spóźni się choć o minutę, David oznajmia, że już nie ma czasu na rozmowę. Podaje następny termin, równie precyzyjnie określony. W ten sposób bada, czy komuś naprawdę zależy na nauce. Udało mi się to udowodnić.

Prawda, że brzmi egzotycznie? Ale, jak widać – zadziałało.

Dobrze więc. Szukamy Mistrza. Sami widzicie, że jak znajdziecie kogoś, to trzeba mu udowodnić, że jesteśmy warci poświęcenia jego cennego czasu. Raz jest trudniej, raz łatwiej, ale przy odpowiedniej determinacji – udaje się.

Udało się więc i mi znaleźć kogoś, od kogo mogłem się dużo nauczyć, kogo fotografie potrafiły zrobić na mnie wrażenie, kto potrafiłby mnie odpowiednio skrytykować.
Znalazłem Mistrza.

Jedyne, co mi pozostało to wsiąść w samochód i zabrać go na plener.

Wyruszyłem bardzo dobrze przygotowany: dzień był słoneczny, a ja miałem na wszelki wypadek w bagażniku dwa parasole (w tym jeden duży); dodatkowo zabrałem naprawdę różne filmy: Ilfordy (Deltę 100, Hp5 i Deltę 3200), Fuji Pro400H, a nawet lekko przeterminowaną Velvię. W bagażniku leżała również mała dwustopniowa drabinka.

Jedziemy.
Póki co, tematy dowolne – od Kwintesencji WszechIstnienia, po dziurawe majtki i skarpetki nie do pary. Wnoszę z tego, że to jest odpowiedni moment na wyciągnięcie trochę tajników fotografii.
– No a miejsca, w których robisz zdjęcia – wybierasz jakoś? — pytam.
– Miejsca? Co masz na myśli?
– No wiesz, jak idziesz robić zdjęcia, ale takie z ludźmi, gdzie jest człowiek, to czy one powstają w jakichś konkretnych, ulubionych miejscach? Może typy miejsc? Nie wiem, puby, place zabaw…
– Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli. Może mów zdjęciami, będzie mi łatwiej coś ci powiedzieć.
Milczę przygryzając wargę. Przypominam sobie zdjęcia Mistrza i wychodzi na to, że robi w miejscach, w których ja też bywam. Mówię mu to.
– A widzisz — uśmiecha się. — To się może zdarzyć wszędzie. Widzisz sytuację, i jesteś gotowy, to naciskasz spust migawki i masz zdjęcie. Inna sprawa, że czasem musisz trochę pomóc losowi. Na przykład to ostatnie, co ci pokazywałem. Kazałem człowiekowi ze cztery razy przed obiektywem spacerować, zanim zaskoczyło i mogłem strzelić fotę. Skręć tu teraz w lewo.

Jedziemy po takich wertepach, że maksymalna prędkość to 20km/h. W końcu dojeżdżamy do jakichś ruin. Wychodzimy z samochodu – i natykamy się na młode dzieciaki z łódeczkami na sznurkach, na mostku. Nie widziałem takich zabaw od lat! Skąd on wiedział, że tu będzie taka okazja? Podejrzewam, że jak się jest już Mistrzem, to sam Los zsyła takie rzeczy.
Niesamowite.
Rozkładamy się ze sprzętem – ja trochę dalej, z dystansu, natomiast Mistrz wchodzi między dzieciaki, a te spuszczają te swoje okręty do wody, jakby go tam między nimi nie było.
Ha, więc jednak da się podchodzić bliżej, myślę sobie.

Długo jednak nie zabawiamy, i paręnaście minut później ruszamy, by zatrzymać się, bo coś zobaczył przez okno. Wysiada i kadruje a ja stoję i nic.
– Czemu nie robisz zdjęć?
– Czegoś mi tu brakuje. Nie widzę tego kadru — tłumaczę z rękami w kieszeniach.
Kręci głową z dezaprobatą:
– Przecież miałeś się uczyć!

Jedziemy dalej. Gadamy, słuchamy radia, wyprzedzamy TIRy. Difolcik, można by rzec. Nagle widzę pięknie stare drzewo pośrodku wody, w tle zachodzące słońce w chmurach. Hamuję.
– Zrobimy tego krzaka, co? Tylko musimy się pospieszyć, bo słońce może zaraz zniknąć.
Idziemy – zglądamy, kadrujemy i zaczynamy się denerwować, bo w każdym ustawieniu w kadrze jest obleśna rura. Pędzę nawet do samochodu, żeby rozłożyć statyw i drabinkę – ale to nic nie daje – rura jest w kadrze i koniec. Rezygnujemy i zabieram bałagany z powrotem do bagażnika. Wsiadam zziajany, bo oczywiście kawałek trzeba było przebiec (słońce potrafi szybko zachodzić).

Relacje Mistrz – Uczeń. Bywają męczące.
„Star Wars”, Episode V, 1980

Naturalnie do kolacji nie znajdujemy już nic do fotografowania. Posiłek dobitnie obrazuje nasze relacje – Mistrz wybiera porządny talerz z mięsem, sosem oraz oddzielnym kopcem sałatek, a uczeń bierze do ręki kanapkę i pałaszuje w locie.
– Małysz miał dietę, która podobno mu pomagała — zagajam — a Ty co jadasz? Oczywiście prócz takich, jak to — dodaję, żeby nie wyjść na głupka.
– W domu rano zjadłem zimną rybę. Z puszki. Potem czekoladę. I banana. Poza domem jem, jak widzisz — dodaje, z namysłem i finezją zgarniając ostatnie ziarenka groszku z talerza.

Po posiłku podobno się lepiej myśli – my jednak mamy niewesołe miny. Brak Księżyca na niebie oznacza, że może być ciężko coś znaleźć. Dojeżdżamy do jakiegoś przejazdu kolejowego i zwalniam.
– Ooooo, a oto i przejazd kolejowy. A to oznacza, mój młody padawanie… co? — uśmiecha się szeroko mój pasażer.
– Yyy… okazja do zdjęć?
– Dobrze! Dokładnie tak.
– E tam, Mistrzu — powątpiewam na głos — taki przejazd to o dupę potłuc. Poza tym, popatrz, ha! – jest drugi, większy! — znowu zwalniam, paręnaście metrów za pierwszym torowiskiem rzeczywiście jest drugie, większe. — Zaślepiła Cię, Mistrzu, żądza zdjęć przejazdów kolejowych.
Przejeżdżamy parę metrów, po czym… natrafiamy na następne tory. Patrzymy na siebie w milczeniu nie wiedząc, co myśleć.

Stajemy jednak w końcu w miejscu, gdzie można robić zdjęcie. Oczywiście zdjęcie torów. Mruga lampa. Mruga, ale w ściśle określonym rytmie – dokładnie co 20 sekund gaśnie, by po takim samym czasie z powrotem się zapalić. Ponieważ jej światło psuje całą atmosferę, z naświetleniem trzeba się wyrobić w tej jednej trzeciej minuty. Mistrz kieruje obiektyw, ja stoję i patrzę.
– Czemu nie robisz zdjęcia?
– A bo ja wiem? Taki jakiś dziwny ten kadr. Nie czuję go.
– Jest dobry, popatrz — tłumaczy — tutaj tory łączące się w świetle tamtej drugiej lampy, tylko po to, by za chwile zniknąć w ciemności, w pustce.
– E tam. Ja właśnie pustkę czuję, jak patrzę na ten kadr. Nie wchodzi mi.
– Przecież miałeś się uczyć — marudzi znowu, ale sam ustawia aparat i nastawia parametry.
– Ale mówiłeś — kontrargumentuję — że w fotografii ma być punkt i kontrapunkt, jakaś przeciwwaga, czy kontrast.
– No właśnie tu jest coś zupełnie coś przeciwnego, coś, co łamie tą regułę! — tłumaczy. Obydwaj widzimy, że to następna lekcja zakończona porażką.

Wracamy do samochodu.
– A wiesz — mówię już przy aucie — a mi się podobają te listki, o tam. Takie w niezłej kontrze, wiesz, ta lampa z tyłu, i tutaj ta symetria słupków — tłumaczę mętnie.
– Nie widzę tego. Ty nie czułeś mojego kadru, ja nie czuję twojego — rzuca obrażony Mistrz i kieruje się do auta, a ja nastawiam ekspozycje. Czekamy 17 minut, w międzyczasie robiąc siku. Cholera, wyobrażacie sobie? On nawet siku robił jakoś ze dwa razy dłużej niż ja, tak po mistrzowsku…
Niesamowite.

Wracamy w końcu, kierując się jeszcze w jakieś zakazane i błotniste drogi z koleinami. Z jednej strony woda, z drugiej jakiś wał, a końca drogi nie widać. W tle leci dobry, białoruski Rock. Zmęczeni jazdą wertepami zauważamy w końcu koniec – opuszczony szlaban ze znakiem STOP.
Jestem załamany – pół godziny jazdy, żeby się dowiedzieć, że droga zamknięta. Kombinuję, jakby zawrócić, ale Mistrz mnie powstrzymuje:
– Jedź do końca drogi — mówi.
Jadę. Po prostu nie ma szans – widzę zbliżające się światła elektrowni z jednej strony, i czerń tafli wody z drugiej. Dojeżdżamy, zatrzymujemy się – szlaban to porządny kawał żelastwa; trochę pogięty, w niektórych miejscach nadżarty rdzą, ale wciąż strasznie ciężki i wytrzymały.
– Przejedziesz pod nim — słyszę.
– Oszalałeś? Nijak się nie zmieszczę! — protestuję.
– Przejedziesz. Jedź.
Milimetry, albo i mniej. Tyle dzieli dach auta od spodniej części szlabanu. Nie wiem, jak nam się udaje.
– Widzisz, mój młody padawanie — mówi spokojnie mój pasażer — zawsze dojeżdżaj do końca, nawet zamkniętej drogi, jeśli już nią jedziesz.

Plenerek pod względem zdjęciowym nie wyszedł za dobrze. Chyba żaden z nas nie ma (nie będzie miał) się czym pochwalić. Przed drugą w nocy zajeżdżamy pod dom Mistrza.
– Mistrzu — odzywam się na pożegnanie — nie dość, że nie zrobiliśmy dobrych zdjęć, to w Twoich naukach dwukrotnie poniosłem porażkę. Jakie wnioski powinienem z tego wyciągnąć?
Mistrz patrzy na mnie chłodno. Ja nic. Patrzy całkiem zimno. Nadal nic. Podaje mi więc szklankę zimnej wody z lodem i wychodzi z samochodu.

Warto mieć własnego Mistrza, myślę sobie, mknąc nocnymi ulicami w stronę swojego mieszkadła.


Post Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

14 Responses to “ Jak znaleźć swojego Mistrza Fotografii? ”
  1. piękne, thx.

  2. Nie wpominasz Mistrza z imienia, więc zapewne masz swoje powody by trzymać jego tożsamość w tajemnicy. Jednakże – zakładając oczywiście, że Twój mistrz nie jest tylko archetypem i istnieje naprawdę – napisz proszę czym kierowałeś się w jego wyborze? Widziałeś jego prace, zafascynowała Cię jego osobowość, podejście do świata? Jeśli jest to osoba znana i doceniana publicznie – jak udało Ci się nawiązac z nim tak bliski kontakt? Z Twojego opisu wynika, że poświęcił Ci dużo czasu, a przecież nieczęsto zdarza się, żeby nasz idol dał się zaprosic na całonocną wycieczkę samochodem. Czy wystąpiła między wami jakaś nić przyjaźni, czy teź wszystko ociera się o kwestie finansowe? Wybacz, że tak wypytuje ale, że sam jestem na etapie szukania kogoś na kim mógłbym się wzorować, ten temat szczególnie mnie interesuje.

  3. Pikne Stary. Pikne :) Przypomniała mi sie piosenka religijna z czasów pielgrzymek do Częstochowy: „Mój Mistrzu, przede mną droga, którą muszę przeżyć tak jak Ty…”
    :)

    A na poważnie, to ja niestety wychodzę z założenia, że Mistrz jest Mistrzem dopóki go nie spotkam osobiście. Dlatego nie spotykam się z Mistrzami. Bo czar zazwyczaj pryska. Niech oni będą jacyś tacy ulotni, oddaleni… :)

  4. Franciszek Filipowicz

    kwi 9, 2008
    Reply

    ja juz mam

    znalazlem na oph kiedys

    i zaczalem pisac i chlonac

    i idę … :)

    jak znalazłem? zdjęcia zaskoczyły

  5. @waltertz:
    Mój Mistrz istnieje w rzeczywistości i ma się dobrze.
    Czym się kierowałem w wyborze?
    To jest bardzo szeroki temat, ale postaram się krótko, bo już się wypisałem dość na dziś ;)

    Znam przede wszystkim zdjęcia, jakie robi, wiem, że są dobre. Wiem, że ma dystans do siebie – inaczej bym tego nie napisał w taki sposób. Lubię z nim rozmawiać na temat fotografii – bo można to robić, nigdy mi nie odmówił takiej rozmowy.

    Teraz jakiego typu relacje nas wiążą? Na pewno nie finansowe! :D
    Nie da się w ten sposób.

    Jakiś czas temu rozmawiałem na temat
    „pozyskiwania Mistrza” z jednym człowiekiem, który był w życiu świadkiem wielu tego typu relacji (ale nie w fotografii). Napisał mi, że do tego typu związku (uczeń-Mistrz) należy podejść z szacunkiem do drugiej strony, z determinacją co do własnych celów i oczekiwań i ze zrozumieniem co do ewentualnej odmowy nawiązania takiej współpracy.

    Myślę, że jeśli czas i okoliczności pozwolą, napiszę tu jeszcze więcej na ten temat. :)

    Tak czy siak powodzenia, jeśli jesteś już na drodze do znalezienia własnego mentora. :)

  6. Tak w kwestii treści – chciałem poprawić ten „dobry, białoruski rock”.
    To nie było do końca tak – tam śpiewali chyba w rzeczywistości Białorusini, ale o ile ja dobrze pamiętam, to śpiewali po japońsku DepecheMode. Jakiś tego typu hardcore.
    Przepraszam za nieścisłość. ;)

  7. Rudolf – mam całkowicie odmienne doświadczenia z Mentorami/Mistrzami. Starałem się to wyjaśnić w swoim komentarzu. Może problemem jest to, że nie trafiliśmy na siebie, nie zazębiło się.
    Niemniej, za każdym razem jak wydaje mi się, że ten konkretny człowiek, którego zdjęcia i podejście dofotgrafii mi imponuje, ukazuje mi jakiś wstep do ideału, to nagle po zapoznaniu i po próbach wspólnych sesji, plenerów, czar pryska. Zostaje tylko jakis cierpki smak pod językiem. Jakiś kolec w boku i jakieś zamglone klatki.

    Nie jestem zwolennikiem posiadania i pielęgnowania Mistrzów. Jestem zwolennikiem samotności artystycznej. Brzmi górnolotnie, ale tak jest. I niestety obawiam się, że na tyle jestem niereformowalny, że nie przekona mnie żaden Mistrz, że w sobie nie odnajduje potrzeby czerpania fozycznego z takiego Mistrza. Dlatego ja wkłądam to między bajki… i stąd moja bajka o Piotrusiu Panie…:) Jak widać niektórzy już się obrazili..:) Szkoda.

  8. Iczek, absolutnie rozumiem, że masz inne doświadczenia/zdanie.

    Nie rozumiem tylko kto i o co wg Ciebie się obraził??

  9. _rK_ sie obraził :) Buuu :):) Szukaj, szukaj….

  10. A może zamiast mentoringu po prostu coaching? Wtedy zamiast szukać mistrza wystarczy poszukać coacha. Żeby być dobrym coachem wcale nie trzeba być dobrym mistrzem. Nie od dziś bowiem wiadomo, że najlepszymi trenerami (zwłaszcza w piłce nożnej) są nie Ci, którzy byli najlepszymi zawodnikami ale Ci, którym dużo w tej materii brakowało.

    Jako ilustrację coachów też można by znaleźć kilka kadrów z filmów. Jest taki jeden nawet z Pacino i murzynami z footballowej drużyny, o:
    http://www.imdb.com/media/rm410360064/tt0146838

  11. Hmmm… osobiście jakoś nie mogę przekonać się do „mistrzów”. Wolę aby pozostali w nieokreślonej iluzorycznej sferze owianej mgiełką tajemnicy niż kimś kto zje z Tobą śledzia i pójdzie się wysikać ;)

  12. pytanie, kto jest mistrzem?! zadaję je sobie od kilkunastu sekund, czyli od kiedy skonczyłem to czytać. Przez ciebie nie zasnę!

  13. Co zyskałeś, czy moze cos straciłeś? Jak to w koncu wpłynęło na Twoje fotografowanie? Czy cokolwiek zmieniło się w twoim podejsciu po naukach z mistrzem? Czy mistrz jest dużo starszy od ciebie? Czy uważasz ze przewyzsza Cię wiedzą o głowę?

  14. @Rob: na pewno zyskałem. Zyskałem feedback, zyskałem nowe podejście do tego, co można w fotografii, przestałem mówić w pewnych sytuacjach, że dana fotografia jest nie dla mnie…
    O mistrzu się nie będę wypowiadał, bo uczniowi nie wypada oceniać Mistrza ;)


Post a Comment



Utwory autora tej strony sa dostępne na licencji Creative Commons. | Logo design by Michał Apanowicz | News Plus wordpress theme brought to you by Zidalgo.