wtorek
Artykuły, Czarno-białe, Fotografie, Informacje, Marudzenie, Warsztat fotograficzny, Wokół ludziPoznański Francuzik
Ostatnią sobotę spędziłem w Poznaniu. Wybrałem się tak naprawdę właściwie tylko na jedną wystawę, ale podróż obfitowała też w nocny plenerek, o którym kiedy indziej.
Właściwie to miałem cały czas problem z zapamiętaniem, jak dokładnie się nazywa autor zdjęć. Nazwisko miał francusko-brzmiące, więc ochrzciłem go Poznańskim Francuzikiem, i tak zostało.
Wystawa była przednia. Fotografie zostały zrobione głównie w latach 20-tych bądź 30-tych XX wieku, ale zdarzały się również wcześniejsze (z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego któregoś).
własność rodziny Misonne,
© Photographies Léonard Misonne
Muszę przyznać, że fotografie były dość… niezwykłe. Miały w sobie jakiś czar, który autor potrafił zatrzymać na papierze. Była tam magia, mówię wam.
Magia tym bardziej widoczna, gdy porównało się oglądane obrazki z sąsiednią wystawą polskich „mistrzów fotografii”, którzy mając Leona (bo tak ów „Francuzik” miał na imię) za inspirację, próbowali coś tam podobnego wydobyć ze swoich oczu, dusz czy aparatów.
Na fotografiach Leona widać kilka „tricków”, które mogły w moim zapatrzeniu zostać uznane za wspomnianą magię:
- światło – piękne, delikatne światło, często w kontrze, podświetlające kontury postaci;
- miękki i specyficzny rysunek – wynikający chyba przede wszystkim z wad ówczesnej optyki, która nie była przecież powlekana żadnymi technologicznie zaawansowanymi warstwami powłok ochronnych;
- pora dnia – i to jest rzecz, która zostawiła po paru dniach największe na mnie piętno, jeśli mogę się tak wyrazić.
Dlaczego pora dnia? Leon robił zdjęcia często z samego rana, gdy słońce potrafi jeszcze być delikatne, a ludzie dopiero co wybudzeni potrafią dość szczególnie się układać w kadrze. Potrafił też fotografować odważnie w deszczu (ach, wiem, że teraz to niemodne, bo się cyfrówki od takiej pogody psują), oraz o takich porach dnia, gdzie nikomu się nie chciało wychodzić z domu – gdzie na dworze stały mgły, i ogólnie pogoda była pod psem.
Ten poranek najbardziej mnie dotknął – to jest właśnie taka część dnia, którą najczęściej zwyczajnie przesypiam. A wszystko oczywiście przez to, że zbyt późno chodzę spać, bo późno wracam z pracy. Ergo, żeby robić lepsze fotografię (z nutką magii) wychodzi, że powinienem rzucić robotę.
;)
Albo wziąć solidny urlop, na którym będę się zrywał przed wschodem słońca.
Zdjęcia Belga, pana Léonarda Misonne, którego błędnie nazywałem „Poznańskim Francuzikiem”, możecie jeszcze oglądać (do 11-go maja) w poznańskim CK Zamek.
Post Tags: magia, Misonne, plener, Poznań, starocie, światło, urlop, wystawy
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (104)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co zrobić? (85)
- O tym, jak fotografia analogowa przyniosła mi ulgę (81)


kwi 29, 2008
Reply
Tez widzialem ta wystawe. Przyznaje, ze zdjecia sa magiczne. Kawal porzadnej, klasycznej fotografii.
W pewnym momencie zastanawialismy sie z kolega, czy nie wykorzystac jego zony i syna do odwrocenia uwagi pilnujacych pan i nie buchnac po odbitce. Na szczescie uczciwosc przewazyla.
kwi 30, 2008
Reply
Ciekawe, podczas oglądania przebiegła moją głowę podobna myśl ( ta co do kolegi i żony) ;-)) Zdjęcia rzeczywiście piękne ! Dotad nie lubiłem piktorialistów, ale teraz … A polska część tej pięknej wystawy to całkowita porażka.
pozdrawiam
PAweł K
kwi 30, 2008
Reply
to nie „Francuzik” tylko Belg
maj 1, 2008
Reply
@anonimowy: może umówmy się tak, że zanim zaczniesz poprawiać biednych ludzi, naucz się czytać ze zrozumieniem. ;)
maj 1, 2008
Reply
No rzeczywiście Rudolfie – już się nie będę odzywać z tak rażącym brakiem elementarnych zasad myślenia. Zazdroszczę, że inni porafią i już usuwam się w cień