wtorek
Artykuły, Felietony gościnne, Informacje, Polecane, Warsztat fotograficzny, Wkręty historyczneWystawieni do wiatru
Poprzez dziesięciolecia wczesnej fotografii, od wprowadzenia dagerotypu do momentu, gdy proces kolodionowy już zanikał, fotografowie wierzyli, że kierunek wiatru znacznie wpływa na naświetlanie ich płyt negatywowych. Nie były to jednak czcze wymysły propagowane przez niewielką grupkę niewykształconych ekscentryków; było to dość mocno utwierdzone przekonanie, pielęgnowane przez olbrzymią większość poważnych fotografów w latach 1840-1860. Sprawdzanie kierunku wiatru było podstawowym krokiem poprzedzającym zdjęcie dekielka z obiektywu.
Fotografujący uznawali za pewnik, że kierunek wiatru wpływał na czas naświetlania filmu. Początkujący w tej trudnej sztuce mogli w duchu recytować swego rodzaju wezwanie do przedłużenia czasu… oczywiście wierszem (żeby lepiej zapamiętać):
Kiedy wicher wschodni dmie
Ekspozycje mnóż przez dwie
Forma tego dwuwiersza zapewne wywodzi się z pierwszych dwóch linii dłuższego poematu autora „Poetus Photographicus” z Roku Pańskiego 1854. Oto kompletny przewodnik po zależnościach między ekspozycją a pogodą:
Zawżdy wiatr ze wschodu dmący
Naświetlania czas podwaja
Gdy w północny w mig się zmienia
Biedak-model snadniej się nastrajaCzarne chmury groźne, czy też grad
Wracaj do dom, rad-nierad.Zefir lekki od zachodu wieje
Pięć sekund i basta; klisza nie jest pusta
A gdy pójdzie on k’południu,
Tylko trzy! Masz wszystko: oczy nos i usta
Strofy (jak i dwuwiersz powstały na ich podstawie) ukazały się w The Photographic Journal w 1854, autor jednak zrymował jedynie pewne powszechnie znane prawdy o interakcji między pogodą, wiatrem a fotografią, które pojawiły się w ciągu pierwszych 15 lat istnienia medium.
Niewielu fotografów kwestionowało wpływ wiatru na chemiczny efekt padania światła na emulsję; wielu jednak poddawało w wątpliwość łączenie ustawień kamery ze wskazaniami kompasu. Innymi słowy, nikt nie wątpił, że gdy wiatr wieje z pewnego kierunku, moc chemicznego działania zapoczątkowanego przez padające światło zwiększa się, a kiedy wieje od innej strony, efekt jest odwrotny. Pozostawało znaleźć odpowiedź na pytanie – które kierunki powodują zwiększenie czułości medium, a które zmniejszenie (a co za tym idzie wydłużenie czasu ekspozycji)?
To pytanie wywoływało długie dyskusje wszędzie tam, gdzie XIX-wieczni fotografowie się spotykali, i w periodykach z okresu, gdy królowała technika mokrego kolodium, można znaleźć wiele raportów na ten temat. Większość fotografów zgadzała się z wersem-instrukcją: wschodni wiatr powoduje konieczność wydłużenia czasów ekspozycji. Byli też tacy, którzy głośno twierdzili, że – przynajmniej w ich przypadku – wiatr południowy wymagał dłuższych naświetlań niż północny. Każdy kierunek na kompasie miał swoich obrońców i krytyków. Również każdy uczestnik dyskusji miał własną teorię, tłumaczącą, dlaczego wiatr potrafi wpływać na właściwości światłoczułe.
W tym miejscu warto też podkreślić, że ci fotografowie zgadzali się również co do tego, że kierunek wiatru wpływa tak samo na czasy naświetlania podczas robienia odbitek, jak przy naświetlaniu negatywów. Czy więc rzeczywiście kierunek wiatru miał wpływ na światłoczułość, a co za tym idzie na wydłużanie czasów ekspozycji w aparacie? Większość współczesnych fotografów bez wątpienia odpowiedziałaby „Nie”, i zapewne ich reakcja miałaby związek z poczuciem, że to po prostu następny przykład mitu, bądź staroświeckiego i błędnego sposobu myślenia naszych niedouczonych przodków, którzy – delikatnie rzecz ujmując – byli zabawni z naszego (skomplikowanego i naukowego) punktu widzenia.
Wygląda to na rozsądne założenie, szczególnie, że fotografującym w erze wiktoriańskiej brakowało narzędzi do precyzyjnego pomiaru światła, tyle, że są dwa niepokojące fakty.
Po pierwsze, wielu z tych wczesnych artystów-rzemieślników wywodziło się z najbardziej błyskotliwych ludzi ich pokolenia, i było zdecydowanie lepiej „wykształconych” niż większość współczesnych fotografów. Najlepsi rzemieślnicy technik kolodionowych nie byli wcale ignorantami, jeśli chodzi o prawa rządzące geografią, geologią, meteorologią, chemią czy optyką; w rzeczywistości niewątpliwie posiadali gruntowną znajomość zjawisk naturalnych czy aktynicznych; w szczególności lepszą znajomość, niż większość z nas.
Po drugie, byli ludźmi wybitnie praktycznymi – musieli przecież dawać sobie radę z niezwykle krnąbrnym procesem kolodionowym w wyjątkowo zniechęcających warunkach. Eksperymentowali więc praktycznie, nawet jeśli nie potrafili wyjaśnić czegoś w teorii; a eksperymenty te wykazywały dziwny fenomen zależności czasu ekspozycji nie tylko od przysłony czy intensywności światła, ale i od kierunku wiatru!
Jedynym sensownym wyjaśnieniem wydaje się, że ci fotografowie rzeczywiście zaobserwowali wpływ kierunku wiatru na naświetlanie ich materiałów, mimo, że nie znaleźli satysfakcjonującego wyjaśnienia dla tego dziwactwa. Możliwym, acz niepewnym wyjaśnieniem tej zagadki, wydaje się być zanieczyszczenie powietrza.
Zanieczyszczenie atmosfery było sporym problemem wynikającym z Rewolucji Przemysłowej, głównie ze względu na rolę, jaką odgrywał (niezwykle ważny przecież) węgiel w dużych miastach. Takie zanieczyszczenie było o wiele gorsze niż ktokolwiek z nas doświadczył, a nawet niż cokolwiek możemy sobie wyobrazić, acz było nieuniknionym (i piekielnym) faktem w życiu ludzi epoki wiktoriańskiej.
Na początku fotograficznej ery wet-plate (zwyczajowa nazwa na technikę kolodionową) większa część Brytyjczyków żyła raczej w miastach, niż na wsiach, a 1/3 część populacji była upchana w miejscowościach o zaludnieniu powyżej 50 tysięcy. Cóż to były za miejscowości! Zaimpregnowane brudem kamienie, stale okryte całunem dymu. Powodowało to przerażające ilości ofiar przeróżnych chorób układu oddechowego, głównego zabójcę w dziewiętnastowiecznych miastach. Dodaj mgłę do dymu i stanie się jasne, że fotografowie często musieli stawiać czoło naturalnym filtrom ND.
Nie było niczym niezwykłym dla odbitek, by były naświetlane na londyńskim powietrzu przez cały dzień, bez najmniejszego efektu przeniesienia obrazu z negatywu na papier.
Pomimo tych utrudnień, duża część fotografów żyła i pracowała w pobliżu, bądź w środku większych miast przemysłowych, wszystko po to, by być dostępnym dla swoich klientów. Mgła (czy smog) była więc zagrożeniem stałym. Stopień, w jaki mgła wpływała na robienie odbitek bądź naświetlanie medium zależał od lokalizacji studia, czy miejsca fotografowania, oraz – kierunku wiatru.
Dla przykładu londyński fotograf, jeśli chciał odnosić sukcesy, z wyboru żył i pracował na zachodzie miasta, blisko bogatych dzielnic stolicy i dobrze prosperujących klientów. Tak więc jeśli wiatr niosło od wschodu, powodowałoby to przenoszenie dymu i zanieczyszczeń z Londynu dokładnie w jego stronę, i wymuszałoby co najmniej wydłużanie ekspozycji. I odwrotnie – wiatr z zachodu przyniósłby z terenów wiejskich czyste powietrze, „zwiększając moc” światła aktynicznego.
Ze współczesnego punktu widzenia może się to wydać trochę naciągane, ale uważne studiowanie wiktoriańskiej literatury potwierdza, że gęste zadymione mgły były niezmiernie częste. Owe mgły były, zauważcie, nazywane też „żółto-brąz
owymi oparami”. Wszystkie emulsje używane przez tych wczesnych fotografów były czułe jedynie na światło niebieskie. Tak więc nawet kolor mgły mógł drastycznie zredukować faktyczną moc światła.
Większość wiatrów wiała zazwyczaj z południa, bądź zachodu, na północny-zachód. Tak więc przewagą dla fotografa było pracować w zachodnich przedmieściach miast, gdzie wiatry prawie stale zawiewały od strony czystych terenów wiejskich przez większość roku. Tak się składa, że były to te bardziej prestiżowe rejony miasta, co mogło stać się przyczynkiem do powstania dwuwiersza mówiącego o zwiększeniu czasu ekspozycji w przypadku wiatru ze wschodu.
Rozbieżności zanotowane przez innych fotografów mogły wynikać z innych lokalizacji ich pracowni. Na przykład obrońca wiatru południowego wydłużającego czas naświetlania mógł mieć swoje studio w północnych przedmieściach, gdzie bryza z południa mogła przynieść ze sobą mgłę ze środka miasta. Inne rozbieżności mogły wynikać z podobnych interpretacji faktu położenia fotografa. Wniosek jednak byłby taki sam: kierunek wiatru wpływał na czas ekspozycji.
Niesprawiedliwym byłoby sugerować, że wiktoriańscy fotografowie nie wiedzieli zupełnie nic o efektach smogu miasta. Byli dalecy od tego. Przedsiębiorstwa parające się robieniem odbitek fotograficznych, które nie były tak zależne od ilości zleceń klientów, umiejscawiano na peryferiach, nie tylko z powodu mniejszych czynszów, ale także z powodu bezpieczniejszego dla środowiska powietrza.
Połączenie kierunku wiatru z lokalizacją miejsca pracy artysty, w odniesieniu do centrum miasta staje się logicznym wyjaśnieniem tego, co w pierwszej chwili łatwo było wziąć za dziwną i mityczną wiarę wiktoriańskich fotografów – mianowicie, że wiatr wpływa na czas naświetlania. Stała obecność smogu w XIX-wiecznym powietrzu może wyjaśniać niezwykły fenomen, kiedy fotografowie działali w większych miastach, bądź w ich pobliżu. Nie wyjaśnia jednak faktu, że wiktoriańscy artyści pozostawali przy tej zasadzie, nawet gdy fotografowali poza miastem, na otwartej przestrzeni. Tajemnica pozostaje nie rozstrzygnięta.
Tekst na język polski został przetłumaczony za uprzejmą zgodą autora dla ZawszeKwadratu w czerwcu 2008. Po raz pierwszy ukazał się drukiem w „The British Journal of Photography” 10 lutego 1984 roku. Więcej artykułów autora można znaleźć na jego stronie, do czego serdecznie zachęcam.
Post Tags: atmosfera, naukowcy, poradnik, starocie, światło, tłumaczenie, wiatr, wiersz, zanieczyszczenia
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (88)
- Co zrobić? (86)

cze 10, 2008
Reply
rispekt :)
cze 10, 2008
Reply
masakra,
DZIĘKUJEMY
PS
Jeżeli nie mieli światłomierzy, a wiatr wschodni i północny dął jedynie zimą..
cze 11, 2008
Reply
właśnie, istotne jest też KIEDY wiał dany wiatr i z jaką się to wiązało pogodą. Jest szansa ,że nasi przodkowie dalecy nie łączyli faktów w odpowiedni sposób. czyli – za zmiany ekspozycji odpowiedzialny był wiatr, a np. wiatr był tylko objawem danej pogody czy zjawiska klimatycznego i danej ilości światła..
cze 12, 2008
Reply
Nawet przy użyciu dzisiejszych, bardzo dokładnych światłomierzy czy nawet histogramu w cyfrówkach nadal występuje mnóstwo czynników wpływających na światło, z których fotografowie rozumieją tylko niektóre a o pozostałych toczą się dyskusje (niedawno na pl.rec.foto.cyfrowa – Słońce dawniej i dziś [crosspost, FUT] – rozpiętość od zanieczyszczeń powietrza po choroby oczu ;) ).
Za 100 lat ktoś może się zastanawiać, dlaczego dzisiaj uważamy że to zanieczyszczenie powietrza powodowało zmany w naświetlaniu a nie jakiś inny efekt, o którym my, współcześni nie pomyślimy lub wyda nam się mniej prawdopodobny, a w przyszłości będzie oczywistością…
Może się nawet okazać że rzeczywiście kierunek wiatru ma jakiś wpływ, ale tego nie zauważamy bo wpływa także na pomiar światła więc zdjęcie będzie dobrze naświetlone…
Zastanawiacie się mierząc światło dlaczego pomiar trochę odbiega od poprzednich pomiarów w podobnych warunkach?