środa
Czarno-białe, Felietony gościnne, Marudzenie, Polecane, Wkręty historyczneMoralność w fotografii
Przez 3 dekady poczynając od lat 50-tych XIX wieku , fotografia ogółem miała dobrą prasę. Sama profesja fotografa była uważana za zaszczytną: była użyteczna, przyjemna i edukacyjna. Jej zastosowanie zarówno w sztuce, jak i w nauce rosło, a wizerunek w oczach ludzi odznaczał się wysokim szacunkiem. Rosnąca liczba dobrze wychowanych młodych dam angażowała się w to zajęcie ze względu na brak w nim dyskryminacji seksualnej, dające satysfakcję umiejętności społeczne oraz wsparcie wiktoriańskich cnót cierpliwości, taktu i przedsiębiorczości. Prasa fotograficzna usilnie podtrzymywała głębokie poczucie przyzwoitości wśród parających się profesją i dyskwalifikowała zarówno osoby, jak i zachowania, które mijały się z dobrymi manierami i ogólnym poczuciem społecznej odpowiedzialności.Ten obraz ogólnego poważania został dość szybko stracony, by nigdy nie powrócić, a to wszystko przez nadejście nowych materiałów światłoczułych oraz małych, nowoczesnych i przenośnych kamer. Być może, gdybyśmy mogli powtórzyć całą historię fotografii od początku, zdecydowalibyśmy, że wygoda natychmiastowych zdjęć spowodowała więcej kłopotów, niż była tego warta; zostalibyśmy przy nieporęcznym, brudzącym i niewygodnym procesie mokrego kolodium. Ale to dyskusja na inną okazję.
Faktem jednak jest jednak, że o ile w książkach i artykułach na temat historii fotografii nadejście małych, poręcznych aparatów jest wychwalane, o tyle rzadko (a być może w ogóle) opowiada się o społecznej ich akceptacji czy ogólnym wstręcie kierowanym w stronę owych kamerek. Owszem, czytało się opinie, że małe aparaty spotykały się z pogardą poważnych fotografów; jednak nie spotyka się stwierdzenia, że te poręczne kamery były krytykowane przez każdego nie-fotografującego, myślącego obywatela jako znaczące utrapienie społeczne. Czytało się, że nowe medium zdobywa spore ilości nowych wyznawców – trudno znaleźć jednak, że ci nowi „pstrykacze” byli kąśliwie nazywani fotograficznymi diabłami. Czytało się czasami o konkurowaniu na topniejącym już rynku między zawodowcami a amatorami; nie trafiało się jednak zdania o tym, że późno-XIX-wieczni amatorzy fotografii przynieśli taki dyshonor tej dziedzinie, że zabrało niemal 100 lat, by status tego medium powrócił (choć w części) do swojej świetności.
Do dziś historia fotografii nie doświadczyła tak potężnej w skutkach fali zmian.
Ale tak naprawdę, to co dokładnie przeszkadzało (i komu) w fotografii „snapshotowej”, że nie zostało aż do tego momentu w taki sposób doświadczone? Odpowiedź jest prosta: po raz pierwszy ludzie mogli zostać sfotografowani ukradkiem. Oczywiście, zdjęcia robione z ukrycia miały już przedtem miejsce, nawet przy technologii kolodionowej (w szczególności przy fotografowaniu niezbyt chętnych do współpracy więźniów), ale to były wyjątki, wymagające bardzo dużych nakładów w planowaniu całej akcji. Z pojawieniem się nowych, poręcznych kamer, każdy mógł stać się ofiarą kłopoczącego, czy nawet obciążającego ujęcia. Przykro stwierdzać, ale „pstrykacze” doskonale ten fakt potrafili zauważyć, co doprowadziło szybko do powstałej mody na łapanie niepozowanych kadrów z ludźmi w niezręcznych sytuacjach. Laicy zwyczajnie zaczęli się bać, a nawet nienawidzić pstrykających fotografów z ich wszechobecnymi kamerami. Ci pstrykający z kolei, zdecydowanie ignorowali hamulce wynikające z przyzwoitości i dobrych manier. Problem gwałtownie urósł do takich rozmiarów, że sam fakt zrobienia lub niezrobienia zdjęcia zaczął być traktowany jako dylemat nie estetyczny, ale etyczny czy moralny. Te wszystkie niekończące się debaty poruszające temat prawości (lub jej braku) w fotoreportażu poprzez XX wiek aż do dzisiaj, mają swe korzenie właśnie w niepohamowanych i nieograniczonych akcjach fotografów-amatorów z czasów wokół roku 1880. Podnoszone były wówczas tematy, które nigdy nie znalazły (i pewnie nie znajdą) definitywnego rozwiązania, ze względu na nieskończoną mnogość motywów na podstawie których są robione zdjęcia, i złożoności spraw osobistej prawomyślności.
Jednak wiadomo, że żadna dyskusja o wzroście wartości fotografii nie będzie kompletna bez poruszania najeżonych trudnościami spraw etyki i prawości.
Mrowie fotografii w naszej kulturze zalało nam nasze zdolności krytyczne; zakładamy, że każdy aspekt życia może zostać sfotografowany, jeśli tylko zaspokaja naszą ciekawość przez chwilę czy dwie. Tak czy siak, oglądając fotografie warto zatrzymać się i zastanowić przez moment nie tylko nad motywami fotografującego, ale też naszymi, jako odbiorców. I zdecydowanie właściwym jest kwestionować takt, smak, dobre maniery i praworządność fotografa, kiedy jesteśmy postawieni przed efektem jego zachowania, prezentowanym jako publikowana czy wystawiana fotografia.
Poniżej krótka lista przypadków, z których każdy demonstruje kwestię etyczną, która mogłaby być przedmiotem gorącej dyskusji zarówno fotografów, jak i oglądających.
1. Sypialnia – fotograf śpi przy boku swojej żony. Na szafce przy łóżku dzwoni telefon. Człowiek włącza lampę, słucha głosu po drugiej stronie słuchawki, rzuca „poczekaj moment” i odkłada słuchawkę na blat. Wychodzi z sypialni, by za chwilę wrócić z aparatem. Po zmierzeniu światła, nastawieniu parametrów, ustawieniu ostrości na żonę, budzi ją mówiąc, że telefon jest do niej. Chwilę później fotografuje jej wyraz twarzy: zachodzące zmiany, wypływające cierpienie, gdy słucha, jak głos po drugiej stronie informuje ją o śmierci matki.
Czy ten incydent odzwierciedla godne podziwu zaangażowanie fotografa, by rejestrować naprawdę każdą chwilę życia, a nie tylko te szczęśliwe? Czy my, jako odbiorcy fotografii stajemy się bardziej świadomi dzielonych z nami emocji, a przez to stajemy się bardziej ludzcy uczestnicząc w zgryzocie tej kobiety? Czy może jest to odbicie ordynarnej nieczułości ze strony fotografa, który bezdusznie wparował w cierpienie małżonki tylko po to, by zrobić zdjęcie? Czy takie zdjęcie zmusza nas do uczestnictwa w akcie bezdusznego podglądactwa? Czy istnieją takie aspekty życia, które są zbyt osobiste, by je fotografować?
2a. Podczas ostatnich lat swojego życia, Marylin Monroe uczestniczyła w sesji fotograficznej Berta Sterna – zgodziła się na zdjęcia pod warunkiem, że będzie miała ostateczny wpływ na to, które ze zrobionych ujęć zostaną opublikowane, a które nie. Stern zgodził się na ten warunek. Po śmierci Marylin, wiele z fotografii, na które publikację nie wyraziła zgody, zostało pokazanych na stronach magazynu Esquire.
Czy śmierć Monroe anulowała umowę i pozwoliła fotografowi użyć wszystkich zdjęć do celów komercyjnych? Czy jest w naszym (jako odbiorców fotografii) interesie, by zdjęcia były ważniejsze niż życzenie Marylin i uzasadniały złamanie słowa przez fotografa?
b. Jeżeli któreś z powyższych pytań miało twierdzącą odpowiedź, popatrzmy na inny przykład. Adolf Hitler nigdy nie lubił być fotografowany, gdy nosił okulary. Jego osobisty fotograf, Heinrich Hoffman zrobił wiele zdjęć Hitlera z okularami, ale nigdy nie pozwolił, by zostały one opublikowane. Po śmierci Adolfa, The Sunday Times opublikował te uprzednio ocenzurowane fotografie.
Czy to był taki przykład dziennikarskiego przedsięwzięcia, które ze względu na „ludzie mają prawo wiedzieć o historycznej postaci” wyeliminowało wszystkie czynniki etyczne? Czy mniej dbamy o tą sprawę, niż o identyczną sprawę Marylin ze względu na nasz brak jakichś ciepłych uczuć wobec obiektu, a jeśli tak, to czy istnieje osobny zestaw zasad dla „miłych”, a osobny dla „niemiłych” ludzi?
3. Wielu fotografów okryło się (nie)sławą dzięki swej determinacji i uporowi w napastowaniu sław (celebrities). Przykładem niech będzie Ron Galella, który stał się sam kimś w rodzaju sławy dzięki nieustannej pogoni za Jacqueline Onassis. Typ papparazziego-fotografa stał się widocznym aspektem zawodu ze względu na nienasycone oczekiwania tłumów co do zdjęć bogatych i sławnych w każdej wyobrażalnej sytuacji.
Czy ten, którego wyczyny, zamożność czy zdolności spowodowały skierowanie na niego publicznej uwagi, płaci rzeczywiście godziwą cenę za takie braki prywatności? Czy właściwym jest, by publiczny apetyt na jakiekolwiek obrazki tych sławnych, nie ważne jak trywialne, był dla nich powodem tak dużego cierpienia?
4. Istnieją religijne i etniczne grupy, których wierzenia zabraniają być fotografowanym. Jednym z takich przykładów są Amisze z Pensylwanii, rolnicza społeczność Fundamentalistów Chrześcijańskich, których wiara mówi, ze robienie obrazów jest grzeszne. Zdecydowanie i jasno nie chcą być fotografowani. Jednak fotografowie stale próbują podstępem zrobić zdjęcia bez ich wiedzy, i szczycą się fotografiami zrobionymi z daleka za pomocą teleobiektywów wycelowanych z okien samochodu, którym zresztą zaraz szybko uciekają, nim „obiekt” zdąży zareagować.
Wszyscy jesteśmy ciekawi i zaintrygowani zwyczajami i stylem życia, które się różnią od naszego. Czy ciekawość jest odpowiednią wymówką przy współpracy w przestępstwie świadomego łamania czyichś religijnych przekonań? Czy można twierdzić, że fotografia informująca nas o ubraniach, zwyczajach i zachowaniach mniejszości sprawia, że bliższe nam jest braterstwo ludzi tego świata? Czy może te fotografie są dowodem na zwykły wyzysk ze strony fotografa, którego wynagrodzeniem są przecież i pieniądze i reputacja (które zdobywa kradnąc zdjęcia od tego, który wcale nie chce mu ich dać)?
5. Wspólnym problemem zarówno dla fotografa i oglądającego jest nakreślenie delikatnej linii między współpracą a wyzyskiem. Model może nawet chcieć pozować (bądź wyrazić zgodę w przypadku zapytania po zrobieniu zdjęcia z zaskoczenia), jednak może uznać samo użycie zrobionego zdjęcia za nieuczciwe czy ośmieszające. I nie musi to być wina fotografa, który z różnych względów może nie mieć kontroli nad kontekstem, w jakim zdjęcie się ukaże. Kogo w takim razie winić? Czy w ogóle kogokolwiek?
Rozpatrzmy jeszcze delikatniejsze rozróżnienie między współpracą a wykorzystaniem, w nadziei osiągnięcia praktycznej konkluzji. Fotografie nagich kobiet – wiadomo, że cieszą się ogólnym zainteresowaniem (nie tylko ze strony mężczyzn). Magazyny dla kobiet publikują całkiem sporo nagich pań, które w innym kontekście mogłyby być uznane za podniecające, prowokujące Voyeuryzm czy wręcz rażąco wykorzystywane. Ale nie w tym rzecz. Faktem pozostaje, że oglądający są ogólnie zainteresowani nieubranym kobiecym ciałem. Więc dlaczego istnieje różnica między tymi obrazami, które są poniżające, a tymi, które są dla nas kwintesencją prawości?
Być może całkiem pouczającym będzie poszukać odpowiedzi na to pytanie w pracy E. J. Bellocq (opublikowanej pod tytułem Storyville Portraits) i porównanie tych fotografii z, powiedzmy, tymi z magazynu Penthouse. Na pierwszy rzut oka akty Bellocqa powinny wzbudzać o wiele więcej pożądania niż dziewczyny ze współczesnego magazynu, bo użył do swoich fotografii prostytutek z nowoorleańskich burdeli, a nie typu „dziewczyny z sąsiedztwa”, tak chętnie wykorzystywanego w erotycznych periodykach. Jednak głębsze spojrzenie daje obraz Bellocqa dbającego, znającego i traktującego każdą ze swych modelek jako wyjątkowe osobowości; jego modelki współpracowały z fotografem bez nuty ekshibicjonizmu, ponieważ traktowały go jako bliskiego i zaufanego przyjaciela. Z tego wniosek, że Bellocq fotografował kobiety, jako ciepłe istoty ludzkie, którym akurat przydarzyło się być nieubranym – z piersiami i odsłoniętymi kroczami, jako anatomicznymi dodatkami ubocznymi.
Może konkluzja jest taka. Nie ma sposobu na zastąpienie w fotografii uczucia, miłości czy świadomej empatii z fotografowaną osobą stojącą przed kamerą. I zazwyczaj od tego faktu zależy poprzednio zadane pytanie o etykę w fotografii. Zasadność zrobienia zdjęcia zależy od prawości charakteru fotografa, która z kolei zależy od jego/jej chęci zrozumienia fotografowanej osoby czy dbałości o nią.
Nie są to jednak wskazówki, które powiedzą fotografowi, co może, a co nie powinien fotografować. Sprawa ma silny związek ze zrozumieniem i uświadomieniem sobie fotografii oglądanej przez inteligentnego odbiorcę. Każda fotografia, jaką oglądamy, istnieje w naszych głowach na zawsze. Nigdy nie możemy „odzobaczyć” jej i zapomnieć, że istniała. Razem z samym obrazem zbieramy również jego nastrój, smak, zmysł współczucia (lub jego brak), różne powiązania, kontekst i mnóstwo innych odczuć i uczuć. Fotografie składają się więc na to, by wpływać w efekcie na nasze postawy i to, co robimy. Ważna rzecz: czy fotografie, które oglądamy sprzyjają cnotom, afirmują i wznoszą nasz poziom życia umacniając więzi między nami, czy raczej – mówiąc słowami jednego krytyka – „kuszą, wysysając z nas wszelkie ludzkie uczucia przez to, co widzimy, pozbawiając znaczenia najpierw świat innych, a potem nas samych”?
Natura fotografii zdecydowanie uprawnia do zadawania tak głębokich pytań.
Tekst na język polski został przetłumaczony za uprzejmą zgodą autora dla ZawszeKwadratu w październiku 2008 roku. Powstał w 1990 roku. Więcej artykułów autora można znaleźć na jego stronie, do czego serdecznie zachęcam.
Zdjęcie: E. J. Bellocq, Storyville Portraits, Wikipedia.
Post Tags: akt, amisze, Bellocq, cnoty, dewiacje, Hitler, kobiety, Marylin Monroe, małżeństwo, pstrykacze, starocie, sypialnia, sztuka, wielki format
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (104)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co zrobić? (85)
- O tym, jak fotografia analogowa przyniosła mi ulgę (83)


paź 22, 2008
Reply
OMG! Tekst uginający kolana…
paź 23, 2008
Reply
Wielkie dzięki z kontynuację.
Najbardziej porwał mnie wątek dbałości fotografa o drugiego człowieka i empatii.
Zgadzam się, że tkwi w tym siła zdolna przenosić góry, czyli zmieniać coś tak trwale zakorzenionego w człowieku jak postawa.
paź 23, 2008
Reply
Doskonały artykuł. Czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem.
paź 23, 2008
Reply
Chyba faktycznie fotografia – czy to jako zawod, czy jako hobby – upadla, skoro takie pytania sa potrzebne.
Trzeba jasno i wyraznie podkreslic- obraz NIE jest wlasnoscia fotografa a fotografowanego (nie pisze tu o fotografiach makaka w zoo). Publikacja zdjec niesie obowiazek oceny- czy wolno nam ujawnic obraz, czy nie narusza on w jakikolwiek sposob dobra fotografowanego.
Tu wkraczamy w bagno- a co z fotografowaniem mordercow, zbrodniarzy i innej masci zwyrodnialcow? Odpowiedzmy sobie na pytanie- po co publikuje sie takie zdjecia. Dla zadnej wrazen tluszczy? Dla poklasku? Jaki jest sens publikowania takich zdjec? Nagroda World Press Photo? Dla mnie usprawiedliwienia nie ma.
Epatowac cudza krzywda- w imie czego?
Normy moralne fotografii sa takie same jak innych dziedzin zycia- jezeli dokumentalisci je lamia, staja sie zwyklymi hienami.
paź 23, 2008
Reply
@abnegat.ltd: Nie zgadzam się – obraz jest własnością fotografa, tylko, że razem z prawem do tego obrazu na barki autora spada ciężkie brzemię ochrony wizerunku sfotografowanego. I to brzemię wydaje się być zbyt ciężkie dla dużej części fotografów, więc zrzucają je ze swoich bark :(
No i zdecydowanie fotografia nie upada – właśnie tak poważne tematy poruszane przez nią udowadniają, że sama fotografia nabiera z czasem coraz większej wagi.
paź 23, 2008
Reply
Bardzo ciekawy i poruszający post. Kojarzy mi się tutaj Bruce Gilden i jego nachalna fotografia uliczna. Oglądanie tego materiału http://www.youtube.com/watch?v=kkIWW6vwrvM wzbudziło we mnie autentyczny protest wobec świadomego i brutalnego przekraczania granic ludzkiej intymności. A to „tylko” fotografia uliczna. Co z reportażami obrazującymi cierpienie, które wygrywają Pulitzera ( http://www.sacbee.com/static/newsroom/swf/april07/mother/). Do czego fotografia ma prawo?
paź 24, 2008
Reply
Naprawdę dobry tekst. Wyraźnie motywowany humanistyczną troską o człowieka. W niektórych miejscach zdecydowanie staroświecki.
Jednak problem takich tekstów jest dość banalny: są one zbyt ogólne. Przez to ocierają się o trywializm. Skracając rzecz: co innego inteligentnie i z polotem postawić problem, zadać pytania – a co innego postarać się o rzeczowe odpowiedzi, o obronę jakiegoś określonego stanowiska.
Tekst o którym mowa należy do pierwszego rodzaju: czyli na nic nie odpowiada.
Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, iż do jednego wora wrzuca się zagadnienia skrajnie różne (paparazzi z celebrities, miękkie porno, akty, prawa autorskie, wiktoriańska moralność, dokumentalistyka sposobów życia itd.). Wśród kosztów takiego celowego pomieszania kategorii jest przykładowo pomijanie faktycznie interesujących zagadnień – choćby dokumentalistyki społecznie zaangażowanej.
Co z tego pozostaje w głowie czytelnika? Głównie zamęt plus wrażenie, że tekst mówi coś ważnego – ale gdyby spróbować zwerbalizować racjonalnie na czym polega to coś ważnego: to się już nie bardzo udaje.
Przykład – cytuję:
Ważna rzecz: czy fotografie, które oglądamy sprzyjają cnotom, afirmują i wznoszą nasz poziom życia umacniając więzi między nami, czy raczej – mówiąc słowami jednego krytyka – „kuszą, wysysając z nas wszelkie ludzkie uczucia przez to, co widzimy, pozbawiając znaczenia najpierw świat innych, a potem nas samych”?
Banał skryty pod pozorem zgrabnej figury retorycznej. To samo można ująć zdroworozsądkowo: fotografia i jej wartość żyje w głowie odbiorcy. Tu są wartości i motywy, a nie w obrazie.