niedziela
Lenswork i czasopismaLenswork #80
Nie chcę zapeszać, ale chyba poprawia się Lenswork – 80-ty numer nawet mi się podoba! :)
Najgorsze jest jednak to, dlaczego tak jest – bo osobiście uważam to za mały skandal. Ale po kolei.
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, żeby otwierać galerię? Założę się, że tak, i wielu czytających ma swoją pierwszą wystawę już za sobą. Muszę powiedzieć, że odwiedzając nasze polskie wystawy, nie widziałem nigdy wyeksponowanej informacji o sprzedaży odbitek. Do dzisiaj wcale mnie to nie dziwiło, no bo według mnie arogancją byłoby liczyć na sprzedaż dzieł podczas swojej pierwszej wystawy. I tutaj – po raz kolejny – obserwuję ogromną różnicę w podejściu Polaków i Amerykanów. Ci drudzy, jak się okazuje, przed swoim pierwszym wernisażem już myślą o tym, jak prace sprzedać, ile powinni zgarnąć kasy i jak te pieniądze zliczyć.
Całą sprawę opisał Brooks Jensen we wstępniaku. Pomijając fakt, że ten człowiek kieruje się raczej tym starszym zestawem zasad i również (jak ja) uważa za arogancję liczenie na sprzedaż podczas pierwszej wystawy, napisał on całkiem spory – i jak sądzę wartościowy – zestaw rad i uwag na to, co zrobić, by nie czuć zawodu, frustracji i innych złych emocji po swoim „pierwszym razie”. Więcej – on naprawdę potrafi poradzić, jak znaleźć klienta, co komu sprzedawać, za ile, czy – jak tych klientów przy sobie zatrzymać. Abstrahując od fotografii, sądzę, że dla wielu różnych, innych biznesów, ten tekst mógłby być całkiem przydatny.
O ile wiem, wstępniaki zazwyczaj są udostępniane na stronie wydawnictwa, więc zachęcam do znalezienia i uważnej lektury.
Wracając do fotografii – znowu pojawia się (zasygnalizowany przez portfolio Brooksa 10 numerów temu) temat kontekstu, w jakim ogląda się pewne zdjęcia. Charles Grogg strzelił parę fotek roślinkom, używając dużego formatu i filmu Polaroid 55. Pójście na łatwiznę, jak pomyślałem na początku – oczywiście do momentu, gdy przeczytałem wstęp do zdjęć. Zastanawia mnie, w kontekście podpisów, jaką w takim razie rolę pełni taki wstęp – czy to rzeczywiście oddzielny byt? Czy jest potrzebny? Z jednej strony aniołek mówi „odrzuć ten pomysł, to herezja”, a diabeł na drugim ramieniu, dźgając mnie widłami zachęca, bym zaakceptował następny rodzaj opakowania fotografii… To trochę tak, jakby ciastko owinąć w papier, zamknąć w pudełku, obwiązać kokardką, opakować w następny papier i dawać komuś mówiąc „smacznego”. Bez sensu trochę, right?
Well, tak czy siak – obnażając te fotografie z kontekstu, jest to kawałek zwykłej i nieciekawej (acz ładnej) martwej natury.
I tu się kończy „nudna” część tego numeru Lensworka. Dalej na arenę wkraczają ludzie, i to w sposób kontrowersyjny – bo za pomocą kolaży. Nie cierpię kolaży. Ale te kolaże mają już nawet bez podpisu spójną wymowę i bazując na temacie, który mnie zazwyczaj potrafi poruszyć – pokazują wycinek historii rodziny autorki, Brigitte Carnochan. Wojna, Niemcy, tragedia, prześladowania, w tle Żydzi i dwóch oficerów – jeden niemiecki, drugi amerykański. Specyficzne, ale nie odrzucam (sic!).
Następne portfolio jest autorstwa Benoita Sneessensa – dość przeciętny zestaw portretów pakiństańczyków.
Prześlizgam się więc szybko do następnego materiału, a tam… wywiad i zdjęcia z Michaelem H. Reichmannem (założycielem znanego chyba wszystkim luminous-landscape.com). No do licha! Nigdy bym się nie spodziewał w takim miejscu takiego człowieka! Reichmann jest dla mnie postacią na wskroś techniczną, cyfrową, kolorową, i tak dalej, a tu… tu nawet podobają mi się jego zdjęcia. Zresztą nie pierwszy raz. Z tego portfolio i wywiadu, jaki przeprowadził z nim Brooks wynika, że prędzej czy później zrobisz dobre zdjęcia, jeśli będziesz się trzymał podstawowych zasad i dasz radę fotografować przez kilkanaście, bądź kilkadziesiąt lat. ;)
No cóż, dla niektórych, jak sądzę, to cholernie pocieszające!
PS. Tak sobie zacząłem kombinować, w związku z brakiem jakiegokolwiek podobnego (nie mówiąc już o tym, żeby „równego poziomem”) czasopisma u nas w kraju… Przyjętym zwyczajem jest, że książki się tłumaczy. Może remedium na polski rynek byłoby wydawanie, powiedzmy z jednonumerowym (czyli kwartalnym) opóźnieniem, zwyczajnie przetłumaczonej na język polski wersji Lenswork?
Post Tags: arogancja, galeria, pieniądze, podpisy, Polaroid 55, Reichmann, wernisaż
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (87)
- Co zrobić? (85)


sty 18, 2009
Reply
A czy nie prościej czytać Lenswork w oryginale ?:)
sty 18, 2009
Reply
A ja tam bym zainwestował…. :)
Znaczy znalazł sponsora… mogę parzyć kawe w takim wydawnictwie..:)
Rudolf byłby naczelnym, bo wygra Blog Roku, az komentarzy wynika, że goszczą tutaj nie lada umysły fotograficzne i ludzie posiadający zmysł smaku.
To powinno wystarczyć.
No i jakieś 500.000 zł na początek… :)
sty 18, 2009
Reply
Acha.. a propos kwiatów Grogg’a na jego stronie.
Przy 23 zdjeciu odpadłem… tego sie nie da oglądac bez podpisów… :)
Nawet jeśli robione na Pola55 :)
sty 18, 2009
Reply
guerilla, a nie pomyslałeś/aś, że dzięki temu magazyn dotarłby do szerszej społeczności?
sty 18, 2009
Reply
tzn chodzi o to, że z tym angielskim nie jest tak kolorowo jakby się mogło wydawać :)
niektórzy twierdzą, że nie czerpią przyjemności z czytania po angielsku.
sty 18, 2009
Reply
mendoza – ja nie jestem sumieniem narodu, zupełnie mnie nie interesuje ogół i lud. Wystarczy mi że sam mogę czytać, rozumiem i czerpię z tego przyjemność :) Zazwyczaj jak ktoś nie czerpie przyjemności z czytania po angielsku, oznacza to że po prostu trochę za słabo go zna… (pomijając poezje itp)
sty 18, 2009
Reply
egoizm z Ciebie kipi ;))
a Rudolf chciał dobrze dla ludu
sty 18, 2009
Reply
wcale nie egoizm – uważam że po pierwsze -wstyd będąc urodzonym po 80 roku nie znać angielskiego dziś – po drugie – po to właśnie pismo to wydawane jest po angielsku i możesz zamówić jego prenumeratę, żeby nie trzeba było tłumaczyć niczego. Lud poza tym nie byłby ludem gdyby chciał czytać Lenswork w jakiejkolwiek wersji językowej :))
sty 19, 2009
Reply
@iczek: czy można złożyc aplikacje na gońca rowerowego? odkąd pamiętam (tzn. od XIV księgi Tytusa, Romka i a’Tomka) chciałem być gońcem w redakcji, najlepiej żeby nazywała się Trele-Morele.
sty 19, 2009
Reply
No cóż; tak czy siak, jeśli ktoś by chciał coś takiego uskutecznić, to liczę na tzw. znak-sygnał. Jeden człowiek ma raczej słabe szanse na uruchomienie tego rodzaju pomysłu. :)