Zawsze Kwadrat

Sign In

RSS


0
uzaleznionych
od ZawszeKwadratu

sty 31
sobota
Pisane prozą, Plenery fotograficzne, Zdjęcia kolorowe
Poszukiwacze zaginionej weny

Motto: Podróże kształcą (fotograficznie)

fot.: autor nieznany
fot.: autor nieznany

Symptomy pojawiły się dawno temu. Rudolf zaczął wdawać się w gadki z Roderykiem, co odbijało się na ich stosunkach z całym otoczeniem, a przede wszystkim z małżonką tego pierwszego. Robienie zdjęć było coraz bardziej obarczone jakimiś nieokreślonymi oczekiwaniami i sytuacja nie wyglądała na taką, która może się polepszyć. Należało działać.

– Ale czego tak naprawdę chcesz?! — dość młoda blondynka prawie krzyknęła do idącego ramię w ramię ponurego Rudolfa idąc w zatłoczonym centrum handlowym. Był czas gorączki przedświątecznej, co zaogniało dodatkowo sytuację; w końcu nikt zdrowy na umyśle nie lubi Świąt Bożego Narodzenia!

– Chciałbym zrobić zdjęcie.

– Przecież robisz zdjęcia, wariacie!

– Nie-eee… Takie zdjęcie, żeby dawało po oczach. Takie, żeby było symbolem moich zdjęć. Takie, takie…. no wiesz.

– Nie. Nie wiem. Wymyślasz, zamiast skupić się na zakupach.

Rudolf ponuro łypnął wzrokiem na swoją małżonkę. Najwidoczniej znowu nic nie rozumiała. A co najgorsze, on sam nie potrafił tego wyartykułować, co nie ułatwiało sprawy. Zmarszczył czoło i puścił rękę zaaferowanej zakupami kobiety. Zdecydowanie potrzebował jakiegoś impulsu.

„Impulsu, srulsu”, pomyślał ponuro. Rozglądając się wokół widział jedynie szarość i kadry, które już dawno przelały się przez plfoto. Odkąd przestał pić i nie zdarzało mu się już być miętowym, nie potrafił nawet widzieć w ten specyficzny sposób, który czasem prowadził do zrobienia zdjęcia. Świat się walił na jego głowę, a wokół nie było nikogo, kto by dostrzegał katastrofę, nie mówiąc już o jakiejś pomocy.

– Dzień dobry, zapraszamy do promocji! — zaszczebiotała przebrana za aniołka hostessa, ze zniewalającym uśmiechem wręczając ulotkę stojącemu na środku promenady Rudolfowi.

– Dziękuję — mruknął automatycznie obdarowany; tak, jak go wychowywała mamusia. Nie omieszkał otaksować również figury odchodzącej kobiety, która całkiem zgrabnie machała tyłeczkiem. Odruchowo spojrzał na świstek i zmiął go, żeby wyrzucić do najbliższego kosza. Zrobiwszy parę kroków zatrzymał się jednak gwałtownie – specyficzny uśmiech wykwitł na jego obliczu, a oczy wyraźnie zwilgotniały. Rozwinął szybko zmięty papierek i z zapałem zaczął się wczytywać w treść.

„Egzakli! To jest właśnie mój impuls!” — Mruknął na głos do samego siebie i pobiegł szukać małżonki.

***

Parę tygodni później, lotnisko Okęcie, Terminal 2

– Jak sobie pomyślę, że jedziemy na wycieczkę tylko dlatego, że dostałeś jakąś ulotkę, to mam wrażenie, że śnię. Ale cieszę się, kochanie — uradowana Kasia cmoknęła w policzek obciążonego aparatami Rudolfa. Ten spojrzał na 9-letniego syna, który obciążony statywem oglądał się za jakąś równolatką z warkoczykami. Wszystko układało się jak do tej pory idealnie.

Aż do tej pory. Nagle z końca kolejki zamachała znajoma postać, której istnienie o tej porze i w tym miejscu położyło się głębokim cieniem na szczęściu Rudiego.

Roderyk. Kłótliwy łysol, dołączył do tej samej kolejki, w której stałą podekscytowana rodzinka. Uśmiechał się wrednie z daleka i błyskał oczami, ewidentnie zadowolony z siebie.

– Zaraz wracam — mruknął do żony Rudolf i podszedł do świeżo przybyłego.

– Co ty tu robisz, łajdaku?! — wycharczał podchodząc.

– Niezbyt miło mnie witasz, biorąc pod uwagę więzi, jakie nas łączą. Lecę na wakacje, he he.

– To ja lecę na wakacje. Nie możesz mi ich teraz zepsuć!

– Uspokój się. Jadę tam w związku z konkursem. Zobacz — łysy podał Rudolfowi złożoną na pół ulotkę. Bolesne ukłucie przeniknęło serce naszego bohatera. Na kartce widniały słowa:

Tylko teraz

Wszystkim, którzy robią zdjęcia używając materiałów firmy Ilford

proponujemy NIEŚMIERTELNOŚĆ!

Zrób i wyślij czarno-białe zdjęcie – a jeśli spodoba się ono jury, umieścimy go na pudełku jednego z naszych legendarnych papierów fotograficznych!

Uwaga: wszystkie fotografie ze względu na specyfikę, będą prezentowane tylko w KWADRACIE!

Przez chwilę panowało niemiłe milczenie. Blady Rudolf wyciągnął z kieszeni pomięty papierek tej samej treści i pokazał swojemu rozmówcy. Ten skrzywił się i wzruszył ramionami.

– I tak to ja wygram, powinieneś to wiedzieć. Ale przynajmniej będziesz miał wakacje, nie przejmuj się. Wziąłeś pistolet startowy?

– Że co??

– Pistolet startowy, nie znasz tego numeru? Kupujesz pistolet startowy, żeby nie taszczyć aparatów ze sobą do samolotu! Ech, widzę, że nie jesteś zorientowany. No więc pakujesz cały sprzęt, obiektywy i aparaty — kontynuował podekscytowany Roderyk — walizkę oczywiście musisz mieć całą sztywną. Do niej zamawiasz sobie taką gąbkę, która ci będzie trzymać wszystkie klamoty w jednym miejscu, żeby ci szlag nie trafił bałaganów jak będą nimi rzucać, wiadomo. Potem wkładasz tam pistolet startowy; według przepisów, od zaostrzenia w dwutysięcznym pierwszym, taki pistolet musi zostać zadeklarowany, a służby lotniskowe dają bagażowi z „bronią” najwyższy priorytet. Po prostu nie da rady, żeby ci ktoś to ukradł czy zgubił. Wsiadasz więc do samolotu na luzaka, a jacyś agenci troszczą się o twoje zabawki, jakbyś w nich przewoził połowę rezerwy federalnej. Sprytne, co?

Rudolf spojrzał ponuro na postać przedstawiającą jego alter-ego. Bez słowa odwrócił się i dołączył do wciąż szczęśliwej żony i syna. Czuł, że ta wycieczka może nie być taka super i ekstra, jak sobie wymarzył.

Nim doszedł do stanowiska check-in, jego myśli zajęły pomysły na to, jak wygrać konkurs Ilforda. Wyobrażał sobie pojedyncze klatki, idealnie skadrowane, z tonalnością, która powala na kolana. Przy nadawaniu bagażu czekał go jednak kolejny zgrzyt.

– To jest bagaż specjalny — zawyrokowała kobieta o południowej urodzie stojąca za plecami obsługującego stanowisko. Ten tylko westchnął ciężko. Chodziło o statyw, który z ulgą położył na wadze syn Rudolfa.

– Co to znaczy specjalny? Rozmiar ma specjalny?

– Nie nie, po prostu jest specjalny. A co to w ogóle jest?

– Statyw. Fotograficzny. To co w nim jest specjalnego?

– Jest przedmiotem specjalnym. Musiałby pan podpisać specjalną deklarację, że bierze na siebie odpowiedzialność w razie zniszczenia.

– Coooo???!!! Zresztą, dobrze. Podpiszę. On jest taki, że trudno go zniszczyć — powiedział zrezygnowany Rudolf.

– A bagaż podręczny jest za duży i za ciężki — powiedziała mściwie pani o południowych rysach. Polski pracownik lotniska wyraźnie miał dość. Podręczny plecak z aparatami wylądował na wadze. Rudolf zerknął z niewyraźną miną w stronę ucieszonego Roderyka, a pan z obsługi korzystając z nieuwagi wrednej baby, zobaczywszy, że w plecaku są delikatne obiektywy i aparat, kazał rodzinie Rudolfa szybko przechodzić dalej.

„Nieźle się zaczyna”, przemknęło przez myśl głowie rodziny.

***

Na miejscu

Oczywistym jest, że specyfika tego konkretnego wyjazdu zawierała się również w szczegółach, o których jeszcze nikt do tej pory nie wspomniał. Jednym z nich był fakt, że na tej samej, malutkiej wyspie, od tygodnia wylegiwał się na plaży kolega z pracy Rudolfa, codename Haberek. Zameldowany był ze swoją małżonką w eksluzywnym hotelu, 10 minut drogi od miejsca pobytu naszego bohatera. Cała rzecz mogłaby umknąć uwagi, gdyby nie prośba Haberka o dostarczenie tzw. „skrętki z przeplotem”.

Zapakowawszy się (fotograficznie) Rudolf – z całą rodziną – wyruszył w kierunku hotelu kolegi. Wiele sobie obiecywał, bo tenże hotel był położony tuż przy najstarszej na wyspie latarni morskiej. „Taka latarnia to nie byle co, więc może przyniesie wenę”, myślał sobie naiwnie nasz fotograf.

"...ciekawym akcentem w okolicy był ocean" fot. Kasia
"...ciekawym akcentem w okolicy był ocean" fot. Kasia
Dotarłszy na miejsce, okazało się, że latarnia jest (tfu!) pomnikiem turystycznych atrakcji. Była taka schludna, taka nieciekawa i mało morska, że aż odwracało wzrok. Jedynym ciekawym akcentem w okolicy był ocean, do którego fotografowania przymierzało się całe stadko turystów.

Na szczęście szybko nadszedł moment spotkania z Haberkiem, który musiał wyjść ze specjalną przepustką, zapraszając gości do środka hotelu.

– Wejdźcie, pokażę wam, jaki fajny hotel. Tutaj jest ochroniarz, którego wszystkie panie podrywają — wskazał na barczystego typa o urodzie niemieckiego strażnika więziennego — a tutaj jest basen, może byś pstryknął fotkę?

Rudolf skrzywił się niemiłosiernie na taką propozycję. Nie miał w ogóle, ale to w ogóle ochoty robić zdjęć turystom. Jeszcze czego!

– Ten basen jest bardzo szczególnym basenem — z nieskrywaną dumą nawijał kolega — spójrz stąd; widzisz? Basen łączy się z oceanem. Ze względu na to, plaże w tym miejscu wyspy i woda w oceanie wokół są takie czyste – wszystko dzięki niezwykle sprawnym maszynom oczyszczającym. A tu, zobacz mamy takie super SPA…

Rudolf wyszedł z wizyty umęczony. Nie wyobrażał sobie, jak można spędzać w hotelu dwa tygodnie urlopu, a cała turystyczna atmosfera aż skręcała – zdecydowanie miejsce nie nastrajało do fotografowania. Żądał wrażeń bardziej naturalnych – czegoś, co by swym naturalnym pięknem zachwyciło do tego stopnia, że zrobione zdjęcie zagwarantowałoby sławę i nieśmiertelność. Pozostało wynająć samochód i zwiedzić całą wyspę, szukając tego magicznego miejsca.

W wypożyczalni aut śniady właściciel nie robił żadnych problemów – podstawił czerwonego Jeepa na miejsce, udzielił miłego rabatu i znacząco patrząc na butelkę wody w rękach Kasi, podkreślił, że woda u nich jest na wagę złota.

– A benzyna? Droga? — spytało młode małżeństwo.

– Tańsza niż woda. Woda jest na wagę złota — znacząco patrząc na w połowie pełną butelkę powtórzył właściciel.

„Dziwni ludzie”, przemknęło Rudolfowi przez myśl, gdy wyrywał kluczyki wpatrzonemu w butelkę mężczyźnie.

Cała wycieczka była dość dobrze zaplanowana. Miejsce zostało wybrane ze względu na panującą temperaturę (tak, żeby cały czas można było chodzić w krótkim rękawku) oraz na fakt, że była to wyspa obfitująca w wiele zróżnicowanych miejsc – małe wioski, góry, duże wioski, ocean, dużo zielonych krzewów i drzew oraz piasek pustynny. Jednym słowem wszystko naraz, aż się w głowie kręciło.

Na początku – ponieważ krajobrazy nie uciekną – na pierwszy cel obrana została malownicza wioska położona na drodze do środka wyspy. Wioska, w której miało być widoczne codzienne zmaganie się tubylców z rzeczywistością. Wioska, w której nie było żadnych atrakcji turystycznych.

Takie miejsca trzeba atakować z rana, więc tak właśnie zrobił Rudolf. Zapakował następnego dnia tuż po świcie statyw, aparaty, żonę i syna do nowo wynajętego pojazdu i ruszył pełen dobrych myśli czując nadchodzące kadry.

Jednym słowem chciał dobrze. Wyszło jak zwykle.

Tubylcy okazali się śpiochami. Do dziesiątej rano na uliczkach nie było praktycznie nikogo. Tak było w pierwszej miejscowości, w drugiej oraz trzeciej. Potem zrobiło się południe i trzeba było coś zjeść.

– Nic nie rozumiem. Czyżby oni tutaj żyli tylko z turystyki? Przecież mają plantacje bananów, pomidorów i innych cholerstw — narzekał Rudi przeżuwając resztki paelli.

– Ja to bym napiła się lokalnego wina — rozmarzyła się Kasia.

– A ja chcę lody! — wykrzyknął Mateusz, syn. Ojciec rodziny wypuścił z westchnieniem udręki powietrze. Nie było dobrze.

Następne godziny wcale nie przyniosły poprawy sytuacji. „Może trzeba szukać kadrów blisko siebie?”, z głupia frant pomyślał durny fotograf. Nieważne, że właśnie wyjechał tysiące kilometrów od domu.

Postanowił pochodzić wokół przyhotelowej plaży. Co wcale nie było takie głupie – przez parę sekund było mu dane widzieć całkiem niezły kadr: w popołudniowym słońcu, w miłej kontrze, pod prysznicem plażowym matka z córką tworzyły osobliwie miły widok w strugach lecącej wody. Aż można się było zagapić. Zagapić na tyle długo, że sobie poszły, zniknęły.

Ależ ze mnie głupek — powiedział na głos i po polsku Rudolf, gdy po kilkudziesięciu minutach ponownych obserwacji miejsca z prysznicem okazało się, że tego typu widoki są jednak rzadkie niczym całkowite zaćmienia słońca. Siedzący na chodniku Murzyn z pamiątkami uśmiechnął się z pobłażaniem na te słowa. Rudolf odwzajemnił się skrzywieniem ust i wzruszeniem ramion. W sumie, pomyślał ponuro, gdybym niczym on, siedział tu całymi dniami i obserwował ten prysznic, pewnie w końcu kadr by się powtórzył. Ale tyle czasu to ja nie mam.

Następne dni wcale nie przyniosły polepszenia. Intrygującym akcentem była sylwetka „Seniora Armagedona” – podobno lokalnego rzeźnika, który w wolnych chwilach jeździł ze starym magnetofonem i puszczał kasety o armagedonie. Osoba ciekawa i inspirująca, tym bardziej, że się przy tym niesłychanie jąkał – jednak kompletnie nieciekawa wizualnie. Masakra.

„W sumie to taki konkurs trudno byłoby wygrać robiąc portret. Trzeba coś ekstra, coś, co zaskoczy odbiorcę zarówno formą, jak i treścią. A przecież trudno, by portret zaskakiwał treścią” – kombinował Rudolf.

...trudno dostępne drogi... fot. Kasia
...trudno dostępne drogi... fot. Kasia
Zaczął więc jeździć. Wjeżdżał w trudno dostępne drogi, jeździł po górskich traktach czasem tak wąskich, że mieścił się w nich tylko jeden samochód. Ponieważ często jadące z naprzeciwka samochody były prowadzone przez bezczelne typy, nauczył się szybko jeździć do tyłu.

Dosłownie i z poświęceniem wjeżdżał w chmury tylko po to, by zaraz z nich wyjechać. Sprawiało to – swoją drogą – mnóstwo frajdy żonie i synowi.

Z jeszcze większym poświęceniem rzucał się w miejsca, gdzie nikt o zdrowych zmysłach by nie wszedł – wszystko dla zdobycia tego jednego, jedynego zdjęcia.

I tak dalej, i tak dalej.

W pewnym momencie nawet był przekonany, że ma to zdjęcie, które zapewni mu nieśmiertelność.

...gdzie nikt o zdrowych zmysłach by nie wszedł... fot. Kasia
...gdzie nikt o zdrowych zmysłach by nie wszedł... fot. Kasia
Ta chwila trwała kilka dni. Te dni były piękne. Mimo, że małżonka i syn dostali – wracając z kolorowych terenów w zimne, błotniste i ciemne ulice Warszawy – powakacyjnej depresji, on się trzymał i pocieszał wszystkich wokół. Do momentu, aż wywołał film.

– To nie to. Niby są tam jakieś fajne momenty, pewnie gdyby złączyć wszystko, co widziałem, to bym miał zdjęcie życia. Tak, jestem pewien, że tak by było — skarżył się żonie, która nie rozumiała o co mu chodzi.

– To czemu nie zrobiłeś tego zdjęcia?

– Nie wiem! Nie potrafię po prostu już robić zdjęć! Chyba zajmę się pisaniem, albo muzyką. Tak, zacznę grać na jakichś instrumentach — tłumaczył przez telefon koledze. Kolega też robił zdjęcia i też miewał depresję, więc zawiązała się od razu między nimi nić porozumienia.

– Etam. Marudzisz. Chodź na plenerek. Ja to dopiero mam depresję – nie kupiłem trampek, ajfona i nikt mnie nie docenia. Widzisz?

Załamany brodacz zamyślił się głęboko. Tak, to prawda. Z wycieczki nie przywiózł zdjęcia życia. Ale były efekty, których nie docenił, a powinien: odpoczął (mimo wszystko), jego syn powiedział wreszcie, że bardzo lubi robić zdjęcia, a małżonka… No cóż.

Małżonka to chyba temat na osobną opowieść. Otóż podczas tej specjalnej wycieczki Kasia, żona Rudolfa, wynalazła nowy, wspaniały pomysł na zdjęcia. Pomysł nowatorski i przebiegły. Ponieważ kadrowanie przez wizjer sprawiało, że wiele kadrów jej uciekło, a LCD do robienia zdjęć na szybko nie nadaje się wcale, Kasia wymyśliła, że najlepszym sposobem jest skierować na ślepo szerokokątny obiektyw mniej więcej w kierunku fotografowanego obiektu i przez okno, bądź otwarty dach pędzącego samochodu nacisnąć przycisk biorąc Intuicję za autora kadrów.

– I wiesz co? Te zdjęcia nawet lepiej mi wychodzą niż do tej pory — pochwaliła się uśmiechając triumfalnie.

Dlatego nie wiadomo, co tak naprawdę jest powodem depresji Rudolfa. Jedno jest pewne – podróże kształcą. Również fotograficznie.


Post Tags: , , , , , , , , , , , , , , ,

8 Responses to “ Poszukiwacze zaginionej weny ”
  1. Ech… też to mam… od jakiegoś miesiąca chodzi za mną pomysł nabycia harmonijki i grania bluesa (a w najśmielszych marzeniach nawet jazzu) zamiast fotografowania… Mam nadzieję, że się nie nauczę porządnie grać zanim mi się znudzi, bo inaczej moja szuflada fotograficzna zaginie gdzieś pod kurzem na długie miesiące albo lata… A może nie zaginie bo czasu i chęci wystarczy i na muzykę, i na fotografię, i na wszytko inne…

  2. Piękne… łezka się w oku kręci za taką żoną :)

  3. Łyknołem jak Reksio boczek. Tego mi było trzeba na koniec dnia, fajnie się to czytało =)

  4. Pyszne. ;-)

  5. To małżonka aparatu używa… Mojej się nie da do tego zmusić :-)  Grunt, że już nie narzeka jak oglądam obiektywy na allegro :-)

  6. widzę, że z powodzeniem używa. czyta się dobrze, możesz brnąc w to pisanie zamiast fotografii ;)

  7. Bardzo fajną małżonkę macie Rudolfie.
    Pzdr.
    Mata

  8. Tak, tak, chwalcie mi małżonkę i namawiajcie do rzucenia fotografii. To dobrze mi zrobi :/


Post a Comment



Utwory autora tej strony sa dostępne na licencji Creative Commons. | Logo design by Michał Apanowicz | News Plus wordpress theme brought to you by Zidalgo.