poniedziałek
Kadrowane w kwadrat, Wokół ludziPrime Directive?
Fani S-F powinni wiedzieć, o co chodzi. Prime Directive, to dyrektywa ogólnie zabraniająca ingerencji. Zastanawia mnie po ostatnim weekendzie jedno – czy nie powinienem sam zacząć takiej stosować.
Chodziłem sobie trochę po Ursynowie, czy gdzieś tam… Byłem cholernie wyluzowany, więc to tu „strzeliłem fotę”, to tam… Jak widać na prewkach po lewej, jakoś specjalnie nie przykładałem się do tego, jak te zdjęcia mają wyjść. Ot, po prostu pstrykałem, co mi się wcale nie tak często zdarza.Ustrzeliłem dziewczynkę z pieskiem i kątem oka zobaczywszy pewnego starszego mężczyznę w „głębi kadru” (idzie całkiem z lewej), pospieszyłem jemu też „ukraść kawałek duszy”. Jak widać, człowiek był zaprzątnięty całkowicie swoimi myślami. Władowałem się praktycznie przed jego drogę i strzeliłem z nie tak cichego przecież aparatu prawie przed nosem. Wcale jakoś się wtedy tym nie przejąłem.
Natomiast trochę później, już oglądając zdjęcia, zacząłem coraz mocniej się zastanawiać, czy nie powinienem stać się jednak bardziej… niewidzialny. Nie dać odczuć, że w ogóle zrobiłem zdjęcie. Nie przeszkadzać tym „strzałem” (głośnym, niczym z wiatrówki). Nie wybijać z rytmu. Cholera, kto wie, w jakim stanie był ten człowiek i co sobie pomyślał, jak zauważył, że ktoś w jego kierunku robi zdjęcia anachronicznym sprzętem?
Ale nawet jeśli nie zauważył, pytanie pozostaje. Czy fotograf nie powinien zazwyczaj zachować się niczym duch? Czy można zastosować coś w rodzaju zasady nieoznaczoności Heisenberga do definicji prawdziwej fotografii? Czy taka istnieje może tylko wtedy, gdy fotografowany nie wie o tym, że ktoś mu robi zdjęcie? (A jeśli się dowie, to fotografia jest zepsuta?)
Oczywiście mam na myśli sytuacje, gdy ma nie wiedzieć. Bo w zdjęciach pozowanych z założenia, to trochę inna sprawa. W takim jednak przypadku – czy nie powinno właśnie tak być?
Post Tags: dziewczynka, ingerencja, mężczyzna, Pierwsza Dyrektywa, pies, pstrykacze, zasada nieoznaczoności
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (87)
- Co zrobić? (85)


kwi 21, 2009
Reply
Jak dla mnie to najważniejsza jest ta chwila trwająca do wciśnięcia spustu. W tym czasie najlepiej być niewidzialnym albo chociaż nie rzucać się w oczy. Po wyzwoleniu migawki, fotografa już raczej mało obchodzi obchodzi co się stanie, chyba że obiekt fotografowany ruszy na nas z pięściami ;>
kwi 21, 2009
Reply
Bardzo podoba mi się włączenie zasad mechaniki kwantowej do rozważań o fotografii :)
Całkiem możliwe, że fotografia by się „zepsuła” gdyby ten zamyślony starszy Pan zostałby poinformowany o robieniu zdjęcia przed jego wykonaniem, a nie dowiedział się o fotki tej popełnieniu. Z chwila utrwalenia przestał w końcu być on już fotografowanym obiektem, dla fotografii wtedy liczą się już tylko smugi światła na materiale światłoczułym. W przypadku ludzi zasada nieoznaczoności nie działa tak automatycznie jak w przypadku cząstek elementarnych – elektron „dowiaduje” się o pomiarze natychmiastowo, dokładnie w momencie pomiaru, w czasie zero. Czas reakcji człowieka – zasadniczo nie schodzi poniżej 0,1s ;)
Swoją drogą naprawdę bardzo sympatyczne zdjęcie.
kwi 21, 2009
Reply
„Nie można zrozumieć procesu przez zatrzymanie go. Zrozumienie musi podążać z biegiem procesu, musi przyłączyć się i płynąć razem z nim.” Pierwsze prawo mentata.
kwi 21, 2009
Reply
@Rudolf- W sytuacjach gdy podpatrujemy otaczający nas świat oczywiste jest, że najlepiej gdy ten świat nie jest świadomy naszej obecności. To jasne. Zastanawia mnie tylko czy będąc biernym obserwatorem procesu jesteśmy w stanie go dogłębnie zrozumieć i przedstawić w należyty sposób. Coraz częściej myślę o tym, że słuszniejszą metodą pracy jest wejście w interakcję z otoczeniem i przedstawiać tematy z ich wnętrza. Na razie sam stosuję zasadę nieingerencji, chwytając chwilę i samemu wpasowując ją w wybrany przeze mnie kontekst, jednak powoli zmierzam w stronę Paula Stranda, coraz bardziej oddalając się od Cartier-Bressona.
kwi 21, 2009
Reply
@WW- Dzięki za przypomnienie że czas znowu sięgnąć po Herberta.
kwi 21, 2009
Reply
Marzenie reportera – pozostać niewidzialnym. Temat stary jak fotografia reporterska.
kwi 22, 2009
Reply
Zaczyna mnie już śmieszyć ta dążność do bycia niewidzialnym. Te bressonsowe pieprzenie o momencie…
I co niby dałoby Ci gdybys byl niewidoczny!?\
Polecam wrocic do krotkich dokumentów Kieslowskiego, ktore krecil z reki i wcale nie polegalo to na ty ze on byl niewidoczny, bo z kamera i dzwiekowcem nie da sie byc niewidocznym.
\Polegalo to zupelnie na czyms innym.
On sie stawał niewidoczny przez obecnosc, a Ty chcesz przez godzine spaceru zrobic fotki niewidoczną kamerą.
Moze gdybys tam lazil rok i znaliby cie mieszkancy to bys w oncu dla nich stal sie niewidoczny i jest to moim zdaniem jedyna metoda na bycie niewidocznym i zlapanie naturalnosci.
W chrzanionym ekpresie z Warszawy dzisiaj mialem znowu ochote ogladnac dokument o annie Leibovitzi i pada tam taie danie wypowiedziane przez Keitha Richardsa: Ona byla dla nas niewidoczna. Wtopila się w nas i widziała to, czego my nie widzielismy (bo byli pijani).
Przeciez wiesz, ze to jedyna metoda…
Niewidocznosc zapewni Ci jedynie wejscie w swiat… a to wymaga czasu.
Nie dni, nie tygodni. Czasem lat.
kwi 22, 2009
Reply
Iczku, wspaniale, ze się w ten sposób odezwałeś. Pozwolisz mi – poprzez odpowiedź – wyjaśnić, co tak naprawdę mi leży na sercu.
Bo widzisz (piszę „Ty”, ale odnoszę się do Was wszystkich) – mi nie chodzi o niewidoczność fotografa po to, by zrobić super-nieingerujące zdjęcie. Mi chodzi o brak ingerencji w życie tego człowieka, bo… fotograf swoim pstryknięciem zwyczajnie wpieprza się z butami w jego świat!
Ja nie chcę mu przeszkadzać! To jest główna wymowa moich wątpliwości. Nie chcę „prime directive” stosować dla siebie (czy dla efektu w postaci zdjęcia); chcę za pomocą tej dyrektywy chronić spokój tych wszystkich istot ludzkich.
Takie trochę niefotograficzne podejście.
Dlatego po pierwsze nie interesuje mnie rozwiązanie, by pozostać niewidocznym do momentu pstryknięcia zdjęcia (co jest, jak pisze Kraftsman jest zagadnieniem starym jak fotografia reporterska), ale by w ogóle nie przeszkadzać tym ludziom w ich zamyśleniu. By on do końca życia nie musiał zauważać, że ja go uwieczniłem.
Sprawa tej analogii do zasady nieoznaczoności to drugi temat. Być może trochę sztuczny, bo jak słusznie wielu fotografów (w tym Wy też) zauważa – niektóre zdjęcia trzeba robić swoją obecnością, a nie niewidzialnością. Wejściem, stopieniem się ze środowiskiem, zintegrowaniem się z ludźmi.
Wydaje mi się, że tu obydwa podejścia będą słuszne, o ile będą działały.
kwi 22, 2009
Reply
Czyli płyniemy wraz z procesem który utrwalamy? To chyba właśnie to , o co chodzi tak naprawdę. Iczek świetnie to ujął: „niewidoczny przez obecność”.
kwi 22, 2009
Reply
Pozwole sobie zacytowac, bo znowu koledzy podchodzicie z biznesplanem: „Fotografia jest intuicyjna, albo sie to czuje albo nie. Glowkowanie przy fotografii jest tak samo bezduszne jak pytanie sie partnerki podczas seksu co i jak robic.”
kwi 22, 2009
Reply
No tutaj z tym pytaniem do partnerki to bym polemizował :)
Czasami…:)
kwi 23, 2009
Reply
… zwłaszcza że mamy tu do czynienia z inną sytuacją. Podążając tropem tej analogii powiedziałbym: podczas seksu to może nie (no chyba że czasem) ale w ciągu dnia coś tam poczytać o seksie można, a i podyskutować warto. Dzięki temu sam spontaniczny akt może być pełniejszy i bardziej satysfakcjonujący.
kwi 23, 2009
Reply
W kontekście postawionego pytania to porównanie z seksem może prowadzić na manowce, choć trudno się nie zgodzić z „rk”, ze fotografia jest „intuicyjna”.
Intuicyjnie pozwolę sobie odczytać treść artykułu jako wątpliwość natury moralnej a nie technicznej, więc wyliczanie praktycznych sposobów na niewidzialność ( teleobiektyw, strzał zza węgła, zaprzyjaźniony statysta, czapka niewidka itp ) jest tu niepotrzebne. Nie da się ukryć, ze klapnięcie lustrem może wyrwać z zamyślenia, ba, sam widok aparatu większego niż komórka u większości ludzi budzi niepokój. Do dziś nie wiem, co pomyślała kobita w pewnej wsi, która pobiegła po męża zobaczywszy, ze jakiś facet ( ja w tym wypadku ) szwenda się skrajem miedzy i przykłada oko do wizjera aparatu. Oni tam mają teraz jakieś dotacje z Unii i wszystko policzone, więc są wyczuleni na wszelkie próby „ingerencji”. A jest to wszystko absurd oczywisty, bo żeby dokumentacyjna fotę strzelić wystarczy komórka, którą ma siedmiolatek.
No tak, ale człowiek na ulicy? I tu właśnie trzeba zdać się na wspomnianą intuicję. W większości przypadków ta „fotograficzna ingerencja” to tyle co przelot osy koło nosa, ale czasami może sfotografowanego np.zdołować
kwi 24, 2009
Reply
Istotą jest niewidoczność fotografa na fotografii. Czy byłwidoczny czy nie przez fotografowanego nie ma tak dużego znaczenia. Jak to osiągnąć to tylko kwestia warsztatu. iczku, można pracować jak Bresson można jak Lebowitz … pozdrawiam
maj 1, 2009
Reply
Bo w tym cały jest ambaras na ulicy, żeby znaleźć w sobie dość wrażliwości, żeby zobaczyć coś więcej niż pooranego zmarszczkami staruszka i żebrzące dziecko. Jeżeli się nastroić na te delikatne nuty, to właśnie wprowadzanie swoją działalnością zakłopotania, zmieszania, konsternacji, agresji nawet jest możliwością nie do zaakceptowania. Tutaj Autora świetnie rozumiem. Mam często wrażenie, że bezczelna postawa „po zamknięciu migawki choćby koniec świata” skutkuje również pewnym doborem tematów; oczywistych, przepełnionych negatywnymi emocjami, smutkiem, współczuciem, niezdrową ciekawością. Jeżeli uliczny fotograf wprowadza wokół siebie zamęt, w jego reportażu również nie będzie harmonii. Oczywiście nie każdy szuka delikatnych srodków wyrazu, reporter prasowy w życiu by się nie utrzymał, gdyby tak pracował.