wtorek
Czarno-białe, Felietony gościnne, Kadrowane w kwadrat, Pisane proząSzaman
Wiatr znad rzeki przynosił zapach dymu. Obładowane po brzegi towarami statki niemiłosiernie kopciły z kominów. Ruch przy brzegu wielkiej Missisipi był duży, wymiana handlowa portu miasta St. Louis z Południem kwitła.
Mary zamknęła okno i spuściła głowę.
- Nie uda się nam, George…
- Ależ dlaczego, najdroższa?
- Rozmawiałam z ojcem. Sprzeciwia się. On nawet nie wie, że tu jestem.
- Sprzeciwia się?
- George, spójrz na siebie… Masz poplamiony garnitur, ręcę Ci się kleją… i znów ten nieznośny apteczny zapach.
- To kolodium, kochana, robiłem przed chwilą zdjęcia.
Oczy Mary rozbłysły.
- Miałeś klienta?
- Nie… To tak, dla siebie…
- George! Prowadzisz zakład! Musisz zarabiać!
- Ależ będę zarabiać! Ludzie się na mnie w końcu poznają! Fotograf też może być artystą!
Mary odwróciła się do okna.
- Och, George… Ojciec chce mnie wydać za handlarza tytoniem.
- Mary, już niedługo stanę na nogi, ja to wiem! Postaraj się zdobyć dla nas jeszcze trochę czasu.
- Tak, George… postaram się.
Urzędnicy podatkowi niespiesznie kręcili się po atelier. Oglądali sprzęt fotograficzny i rekwizyty, otwierali i wąchali butle z odczynnikami. Inwentaryzacja wyposażenia przed licytacją przebiegała powoli, ale systematycznie. George Edward siedział pochylony na krześle i wbijał wzrok w deski podłogi.
Czarne błyszczące buty stanęły tuż przed nim.
- George Edward? Czy to pan?
George podniósł wzrok. Właścicielem nieskazitelnie czystych butów okazał się niewysoki mężczyzna w meloniku.
- Tak, panie…
- Smith, agent federalny Smith. Pozwoli pan, że zamienimy kilka słów na osobności.
- Jeszcze jeden agent? Proszę pogadać z tymi tutaj, może coś panu odpalą. Ja już nic nie mam… Wszystko stracone!
- Ja właśnie w tej sprawie. Chcę panu pomóc. Rząd ma dla pana propozycję.
- Rząd?
Smith odchylił marynarkę, na kamizelce błysnęła srebrno-złota grawerowana odznaka.
- BIA, Bureau of Indian Affairs.
Wiatr znad Wisły przynosił nieprzyjemny zapach ścieku. Mistrz skrzywił się.
- Bardzo artystycznie. A czemu otworkiem?
- Dziwię się, że pytasz. To moje fotografie i mogę je robić tak jak chcę. Ważne jest to, czy są dobre, czy nie. Więc jak, podobają ci się?
- No niezłe, ujdzie… ale czy nie przesadzasz? Czy nie jest to metoda dla samej metody?
Taki mały sposobik na lans?
- Nie, Mistrzu, to nie lans.
- A jednak… Mógłbym pomyśleć, że lansujesz się na łomografa. Może chcesz wejść do tego fajnego, małego kółka adorujących się nawzajem dziwaków.
- Nie, Mistrzu, to nie tak! Już wyjaśniam…
Wóz skrzypiał w rytm powolnego kołysania. Gardło było suche, ale wodę trzeba było oszczędzać. Przewodnik z plemienia Apaczów Mescalero jechał z przodu. Z tyłu za wozem
wlekli się dwaj żołnierze przydzieleni z agencji do ochrony. Pić. Słońce paliło niemiłosiernie, a Llano Estacado nie miało końca. Och, Mary, w co ja się wpakowałem?
- Jest pan goły, panie Edward. Nie ma pan środków do życia. Pana artystyczne studio zostanie sprzedane na licytacji. Jeśli pieniądze nie pokryją długów, pójdzie pan siedzieć.
- Proszę mi powiedzieć coś czego nie wiem…
- Służę uprzejmie. Pomimo tego, że nie potrafi się pan utrzymać, posiada pan pewne umiejętności. Umiejętności te okazują się teraz dość cenne. Rząd chce panu dać pracę. Zarobi
pan. Dużo.
Duże pieniądze były tym czego George Edward pilnie potrzebował.
- Ale jak? Co mam robić?! – George skupił wzrok na twarzy agenta Smitha.
- To co pan umie najlepiej. Ale pozwoli pan, że tytułem wstępu opiszę panu sytuację…
Złoto. Jak zwykle, chodzi o pieniądze. George sennie kiwał się na wozie. W Nowym Meksyku odkryto złoża złota. Rzesze zdesperowanych biedaków i nieudaczników ruszyły w drogę z nową nadzieją w celu odmiany swego życia. Blask złota kusi z nieodpartą siłą. I jest tylko jeden problem. Złoto znajduje się na terenie Apaczów. Mescalero nie robią kłopotów, są potulni i spolegliwi. Pewnie dlatego, że ciągle żują ten pejotl. Co innego szczep Chiricahua. Ten czerwony diabeł Cochise nie godzi się na przesiedlenie do rezerwatu. Żaden biały nie jest tu bezpieczny. Cochise napada na wszystkie konwoje i zabija wszystkich poszukiwaczy złota.
Och, Mary, w co ja się wpakowałem?
George z trudem pojmował, w to co słyszał od Smitha. Agent BIA kontynuował.
- Wszystko jest opisane w tym kontrakcie. Dostanie pan te pieniądze. Aparat i odczynniki przejdą na pańską własność, chcemy jedynie zdjęć. Przydzielimy panu ochronę dla wozu i dobrego przewodnika znającego teren. Wszystko co musi pan zrobić, to dojechać na umówione miejsce rozmów, przyłączyć się do negocjacji i zrobić zdjęcia ich wodzom. Gotowe zdjęcia od razu przekaże pan naszym agentom na miejscu.
- Ale po co?
- Agencja do Spraw Indian już od długiego czasu prowadzi negocjacje z Apaczami. Niestety, Apache pod wodzą Cochise’a nie chcą dołaczyć w rezerwatu pięciu cywilizowanych plemion.
- Pewnie słyszeli o szlaku łez Czirokezów…
- To smutna historia, panie Edward, ale dzisiaj sytuacja jest inna. Chcemy to załatwić gładko i bez żadnych problemów i żadnych ofiar. Pańskie zdjęcia bardzo nam w tym pomogą.
- Jak? Jak one mają pomóc?
- Proszę zostawić to agencji.
Stało się najgorsze. Mescalero zdradził. Żołnierze, którzy mieli chronić wóz, leżeli na ziemi z
przestrzelonymi głowami. Apacze otoczyli wóz ze wszystkich stron. Powoli zbliżali się na swych chudych indiańskich koniach. George siedział na koźle skamieniały ze strachu. Zdrajca przewodnik podjechał i przystawił lufę winchestera do twarzy George’a.
- Nie myśl, że jesteśmy głupi. Widziałem co robisz, biały czarowniku. Wiem po co jedziesz na nasze ziemie. Chcesz ukraść nasze dusze. Chcesz je uwięzić, by kupić potem za nie naszą ziemię. Nie pozwolimy na to, biały szamanie. Przeklinam cię. Jesteś przeklęty. Pustynia wymierzy ci sprawiedliwość.
Mescalero wycelował ze swego winchestera i wystrzelił.
- Mistrzu, ja wiem, że to z pozoru wygląda tandetnie. Ten tak zwany „klimacik”. Ale sam mówiłeś, że trzeba robić zdjęcia w zgodzie ze sobą, że zdjęcia muszą być spójne. One są spójne, bo… ja taki jestem. Jestem niepoprawnym romantykiem, skrytym piktorialistą. Chcę być czarodziejem, chcę pokazywać świat magiczny, i to bez fotoszopa.
- Zaprawdę, godne podziwu. Archaicznie i romantycznie. Zważ jednak, drogi uczniu, że to jest chwilowa fascynacja. Jesteś po prostu gorliwym neofitą. A czas płynie. I czas ci pokaże, że fotografia otworkowa to tylko jeszcze jeden zestaw środków wyrazu, który szybko ci się przeje. A problem pozostanie problemem, trudność dobrej fotografii zostanie dalej trudnością dobrej fotografii.
- Może tak, może to chwilowe… Ale dopóki mam natchnienie, to czuję, że mam rację.
- Tak, masz rację, ale co to za racja… To racja Indianina w rezerwacie.
Woda z rozbitej strzałem Mescalero beczki wsiąkła już całkiem w piach. Apacze zniknęli za wzgórzami. George Edward, zostałeś przeklęty… Och, Mary, w co ja się wpakowałem?
Post Tags: czarodziej, fotografia otworkowa, Indianin, Mistrz, o_mistrzu, pinhole, pustynia, szaman
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (88)
- Co zrobić? (86)


maj 12, 2009
Reply
Bardzo fajne opowiadanko :) ale musze je jeszcze raz jutro przeczytac, bo aktualnie jestem strasznie senny i wszystko chyba do mnie nie dotarlo :P
maj 12, 2009
Reply
no no, bardzo wciągające rzekłbym. Ta fotografia świetnie podsumowuje opowiadanko.
maj 13, 2009
Reply
Czad! :)
maj 13, 2009
Reply
Wiem, że stary zrzęda ze mnie wyjdzie, ale gwoli ścisłości. Łomografia i fotografia otworkowa to mimo wszystko osobne dziedziny. Zarówno pod względem sprzętu jak i podpinanej pod nie filozofii. Wspominam o tym, z uwagi na czytelników, którzy nie spotkali się z tymi nurtami.
maj 13, 2009
Reply
@korek: masz rację. Nie mniej są tacy, którzy obie te techniki nazywają jarmarcznymi ;-).
maj 14, 2009
Reply
Myślę że „jarmarczność” nie wynika z techniki jako takiej, a spowodowana jest nadużywaniem pewnych „trików” przez kuglarzy. Autentyczna fotografia zostanie odebrana dobrze bez względu na technikę. Natomiast potępione zostanie zawsze wykorzystywanie niecodziennych metod tylko dla zwrócenia uwagi na osobę fotografującego. Bez sięgania aż po obscurę ; łatwo odróżnić kogoś kto wykonuje czarno- białe fotogramy aby „pożyczyć” sobie od fotografii B&W odrobinę autorytetu, od człowieka, który wie doskonale że tylko w ten sposób uzyska pełną wyrazistość obrazu. Tak więc jarmarczny bądź nie jest zawsze fotograf, a nie technika fotografowania.
maj 18, 2009
Reply
> spolegliwi
?
> skrytym piktorialistą
Przestań! odetnij się od bułchakowszczyzny i innych tanich podrób typu forma dla formy,
wetchnij Steiglitza i stań się d u m n y m piktorialistą. Te durne kompleksy „Polskiej szkoły, z której nie możemy się wyplątać” nie są warte uwagi
> Zważ jednak, drogi uczniu, że to jest chwilowa fascynacja. Jesteś po prostu gorliwym neofitą. A czas płynie.
Czeguś tępawy ten mistrzunio, ostatnio z Gregiem Ostrowskim weszliśmy na ten temat, człowiek rozwija się przecież sięgając różnych technik, otworek jest ślepą uliczką dla tych, którzy używają go dla otworka, wyrażając się dziś przez otworek eksplorujesz nowe tereny i pokłady zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz siebie, z czasem przerodzi się to w doświadczenie (oczywiście nie zawodowe :)) niezależnie od tego, czy otworkowa zostanie w arsenale Twych środków. Z tekstu jest jasne, że o tym wszystkim wiesz, ale tu do mistrza piszę ;)
sty 26, 2012
Reply
urzekajace. podziwniam. zdjęcie idealnie pasuje do opowiadnia :)