sobota
Wokół ludzi, Wywiady i rozmowy, Zdjęcia koloroweAkash
Zwykle, gdy myśli się lub pisze o fotografii zagranicznej, nikomu nie przychodzi na myśl Bangladesz. Tym bardziej mam ochotę pokazać dziś sylwetkę człowieka, który zdążył już zaistnieć na międzynarodowej scenie, a mnie osobiście ujął tym, jak operuje kolorem na swoich fotografiach.
Dzisiaj żyje fotografią, ale jego dzieciństwo i młodość były tak daleko od zdjęć i aparatów, jak tylko można to sobie wyobrazić. Świat fotografii po prostu dla niego nie istniał – odkrył go jednak przypadkiem znajdując stary aparat swojego ojca. Rzucił się wtedy wygłodniale na świat, chowając się za obiektywem i nie zważając na swoje niedoświadczenie – po prostu wszystko łapał na film. Szczególną uwagę poświęcił ludziom z marginesu – ich twarzom, warunkom życia; okazało się też, że oni wiele mogą go nauczyć! Fascynacja łapaniem rzeczywistości w kadr spowodowała, że zaczął odwiedzać miejsca, o których w innym wypadku w ogóle by nie pomyślał.
W 1998 roku zobaczył wystawę poświęconą ludziom z AIDS, która uświadomiła mu, że fotograf też może zmieniać świat. Zobaczył, że obrazami można likwidować bariery zrozumienia, przybliżać jednych do drugich – a to wszystko w środowiskach, które już zaczął poznawać, i to za pomocą środka, który pokochał – aparatu.
Następnego dnia po wystawie, wczesnym rankiem, poszedł do największego burdelu w Dhace – i tam zaczął realizować swój pomysł na zdjęcia prostytutek, zapisując ich codzienne smutki, radości, przyjemności i rozczarowania.
Podczas rozmowy zaskoczył mnie w pewnym momencie tak, że nie byłem pewien, czy powodem mojego niezrozumienia nie była bariera językowa: ale nie. Wyobraźcie sobie, że na zdjęcia wychodzi… głównie bez aparatu! Jak to? Dlaczego? Według niego to proste – żeby nawiązać bardzo mocne więzi z ludźmi, żeby ich do siebie przyzwyczaić, czasem zaprzyjaźnić się, zaprosić do domu, zjeść razem niejeden posiłek; dopiero potem zjawia się z aparatem i będąc praktycznie jednym z nich pstryka swobodnie wyłapując piękne kadry, którymi dobrzy bogowie go obdarowują.
Niezwykłe, pomyślałem sobie – nie szkoda człowiekowi tych zdjęć, których nie zrobi nie biorąc ze sobą aparatu?!
– Cóż, ważniejsze jest dla mnie to, żeby ludzie zrozumieli po co przynoszę w końcu do nich sprzęt, niż te kadry, które mi „uciekają”; zresztą, i tak najlepsze zaczynają się pojawiać dopiero wtedy, jak nawiążę z nimi prawdziwe więzi, a wtedy już mam aparat — odpowiada.
Wyobraźcie sobie, że czasem, tak jak w przypadku jednej niedużej społeczności transwestytów w Dhace – ten proces poznawania ich i wchodzenia w środowisko trwa ponad rok!
Szczerze mówiąc – nie żartuję – osobiście urzekło mnie, z jakim wdziękiem potrafi użyć koloru w swoich fotografiach; jednak musiałem w końcu rzucić prowokacyjnie:
– Czemu nie robisz w czerni i bieli?
– Wiesz, czarnobiel jest taka artystyczna, abstrakcyjna, i… łatwa. A ja uwielbiam kolor! Widzimy wszystko na kolorowo – a na dodatek całe życie jest pełne kolorów, nie mówiąc o tym, że każda jego część jest w innym odcieniu. Wyzwaniem dla mnie jest odpowiednie użycie i skomponowanie fotografii w kolorze. Ale owszem, B&W jest często jedynym sposobem na zdjęcie, zdarza się.
Pracował już dla takich tytułów jak GEO, Der Spiegel, Newsweek, Marie Claire, The Guardian czy Sunday Telegraph, ale sporo czasu poświęca też organizacjom charytatywnym. Mówi, że da się wyżyć z fotografii. Pomyślałem sobie przelotnie, czytając te tytuły, że to pewnie jeden z tych, co mieli łatwy start (bogaci rodzice) i odpowiednich kolegów – i szybko zostałem sprowadzony do rzeczywistości.
– O, daj spokój – wcale nie jest lekko. W 2002 żona sprzedała kolczyki, które dostała jako prezent ślubny, żebyśmy mogli zebrać kasę na odbitki do World Press Photo! Zawsze muszę radzić sobie sam – gdy robię projekt, zwykle wykładam własne pieniądze. Popatrz na fotografie dzieci pracujących w fabryce – nikt mi tego nie zlecił, więc musiałem sam zadbać o wszystko – ale w takich przypadkach czas i pieniądze nie mają znaczenia – liczą się zdjęcia. Czasem ciężko jest w ogóle wejść do takich fabryk – w tym przypadku zeszło trzy miesiące, bym się zaprzyjaźnił z dyrektorem na tyle, by mnie tam wpuścił. Ale próbuję też takich rzeczy, jak granty – tutaj udało mi się dostać coś, co nazywają „VEVEY international photography grant” – dzięki takim rzeczom daje się zrobić wiele dobrego dla tych dzieci.O „odpowiednich kolegach” rozmawiać nie chciał. „Fotografia w Bangladeszu jest opanowana przez specyficzną grupę ludzi – nie lubią i nie akceptują tego, co robię” — powiedział. Układy i układziki, jak widać, przeszkadzają pod każdą szerokością geograficzną. Nie ma więc otwartych społeczności fotograficznych, nie zawsze można znaleźć przyjaciół fotografów. Ale ten człowiek nie zważa na to i po prostu robi swoje.
I tyle.
– Wiesz, co mi najwięcej daje moja fotografia? — rzucił na koniec — dzięki niej zauważam i doceniam te wszystkie małe przyjemności życia: same spotkania z ludźmi pogardzanymi przez innych, prosty moment picia herbaty z nimi i odkrycie, że są zdolni do wielkich uczuć, mimo, że sami nie dostają miłości od nikogo.
Post Tags: Akash, Bangladesz, Wywiady i rozmowy
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (104)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co zrobić? (85)
- O tym, jak fotografia analogowa przyniosła mi ulgę (83)




sty 2, 2010
Reply
Pozytywmny wpis na poczatek roku:) Oby wiecej takich a mniej o ciemnych szklach f2, o szumie na ISO1mln, o postmodernizmie, o …itp itd.
sty 2, 2010
Reply
„Zawsze muszę radzić sobie sam – gdy robię projekt, zwykle wykładam własne pieniądze. Popatrz na fotografie dzieci pracujących w fabryce – NIKT MI TEGO NIE ZLECIŁ, więc musiałem sam zadbać o wszystko.”
Identycznie to widzę.
Z takim fotografem można pracować, położyć mu na stół projekt i dać mu go pod rozwagę, żeby w najbliższej perspektywie uwzględnił go we własnej pracy, jeśli to możliwe. W ten sposób może powstać coś bardzo wyjątkowego.
Życzę temu fotografowi jeszcze większych sukcesów niż te, które już osiągnął.
sty 2, 2010
Reply
No tak, jest bardzo dobry, ale w Bangladeszu to go nie lubią… Może nawet nazywają go malkontentem , „krytykant” jeden, wyzysk dokumentuje, zamiast pozytywów szukać :))) W wywiadzie dla niemieckiego portalu powiedział coś bardzo ciekawego: że wielu ludzi pyta go, czemu nie przedstawia Bangladeszu od „pięknej” strony! On na to odpowiada, ze w jego postawie jest coś z postawy ojca wobec syna: należy mu pokazywać złe strony świata, żeby umiał ich unikać i radzić sobie z nimi.
A w wywiadzie tak uzasadnia m.in. swoje zaangażowanie w społeczną krytykę:
” W Bangladeszu dzieci produkują przedmioty, które potem sprzedawane są w krajach zachodnich. (…) Nie jest moim zamiarem przedstawienie dzieci w Bangladeszu jedynie jako ofiar ich złych bosów, którzy je wykorzystują, lecz chciałbym zarysować trudność tej sytuacji: rodziców, którzy wysyłają swojego syna do fabryki, bo są biedni. Dziecko, które musi pracować, żeby zarobić na utrzymanie swojej rodziny i właściciela fabryki, który pod presją wielkich przedsiębiorstw odzieżowych produkuje za małe pieniadze i zachodni konsumenci, którzy kupuja tanie ubrania.” ( źródło: http://www.kulturprozess.com/de/article/150.g_m_b_akash.html )
sty 3, 2010
Reply
Świetne zdjęcia i bardzo fajna storna z dużą ilością reportaży. Podejście do koloru ciekawe – w sumie jeśli się głębiej zastanowić, to trudno się nie zgodzić…b&w jest trochę na skróty. ;)