sobota
Fotografia inspiracją?
W zestawieniu słów „fotografia” i „inspiracja” czuję zwykle kryjącą się gdzieś z tyłu frustrację, czy… niepewność. Pewnie dlatego, że wśród fotografów sporo uwagi poświęca się szukaniu inspiracji, by zrobić fotografię, a wielu szukających „utyka” gdzieś po drodze, zamiast się wyspać, wziąć w garść i robić zdjęcia.
Jednak od jakiegoś czasu dziwi mnie, jak rzadko widzę świadectwo tego, że to zdjęcie kogoś zainspirowało. Popatrzcie na malarstwo: całkiem sporo było (i wciąż jest) takich przypadków, że obraz inspirował do powstania choćby książki; zresztą to się dzieje wszędzie! Muzyka inspiruje do namalowania, obraz do pisania, książka do zrobienia filmu, i tak dalej, i tak dalej.
I teraz: czy ja jestem ślepy, czy naprawdę nie widać, by na bazie fotografii powstawały inne dzieła?
Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że wszystkiemu winna jest… łatwość, z jaką znajdujemy zdjęcia! Łatwość oraz to, jak bardzo multimedialny i kolorowy zrobił się świat wokół nas. A konkretnie: przyczyną jest fakt, że fotografii szuka się raczej do zilustrowania tekstów, a nie jako kanwę opowiadania, inspirację, czy impuls, od którego wszystko się zaczyna.
Z drugiej strony, każdy, kto oprze na jednym, statycznym obrazie na przykład opowiadanie, zwykle może z powodzeniem ukryć, co go naprawdę natchnęło. Nie musi dzielić się honorami z kimkolwiek innym!
Mimo wszystko – nie wiedzieć czemu – coś mnie pcha do rozszerzania obrazu o tekst, może trochę na przekór światu. I nie staram się opierać swoich fantazji na znanych zdjęciach – one zostały zinterpretowane tysiące razy.
Choć to może wydawać się złudne i niebezpieczne, interpretuję własne fotografie.
Tyle, że czasem to wcale nie jest ich interpretacja. Czasem zwyczajnie idę ulicą, obserwując świat lub starając się zwyczajnie nie spóźnić na kolację, i nagle… te wszystkie nitki łączące mnie z tzw. rzeczywistością tak się dziwnie splątują, że za uchem zaczyna mi coś brzęczeć; w oku pojawia się błysk, podnoszę aparat do oka i robię zdjęcie. Ale to nie koniec! Jeśli uchwycę obraz we właściwym momencie, to on przez jakiś czas wciąż jeszcze we mnie rezonuje. Patrzę na niego – i czuję, że to nie wszystko. Brak kropki nad „i”. Spokój umysłu mogę odzyskać dopiero wtedy, gdy tą kropkę domaluję. I właśnie czasem wychodzi: mniej lub bardziej czytelne parę słów, które we mnie zostały zogniskowane przez zdjęcie. Nie musi to być jego interpretacja; jednak sama fotografia nie jest też ilustracją. Więc do końca nie wiem, jak to jest.
Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że na fotografii wszystko się nie kończy. Przynajmniej u mnie. Przynajmniej nie zawsze.
Taaaak.
Albo, innymi słowy: robię na tyle słabe fotografię, że muszę dopisywać do nich historię. ;)
Tak czy siak, już w poniedziałek będziecie się mogli przekonać o następnym zdjęciu, i o tym, które drzwiczki otworzyło w mojej głowie.
Liczę też po cichu, że po dzisiejszym kazaniu weźmiecie łopoczące chorągwie w dłoń, i pójdziecie nawracać świat. Chorągwie, miecze i płonące pochodnie – wszystko po to, by pokazać światu, że fotografia ma też jedną, zapomnianą (?) rolę do spełnienia – inspirowanie do tworzenia kolejnych, wielkich i pięknych rzeczy! I że warto o tej inspiracji głośno mówić!