czwartek
Czarno-białe, Informacje, MarudzeniePrecz z podpisami fotografii!
Jak podpisujesz zdjęcia?
Jak najkrócej? – tak, by można było się odnieść do fotografii po tym tytule? …Czy może jednym, dwoma zdaniami wyjaśniającymi o czym tak naprawdę jest ten twój obrazek?
Będę wredny i się powtórzę – mam dość podpisów objaśniających, co jest na fotografii. Dziś, dzięki koleżance obok, poczytałem sobie długi artykuł o Wielkim Wkręcie Romana Vishniaca.
Boki zrywać! Historia jest świetna, a opiera się na tym, że naprawdę dobry fotograf, Roman, postanowił trochę pokonfabulować i opowiadał o swoich fotografiach niekoniecznie prawdziwe historie.
Zresztą, dla nieznających języka lengłydż Dawid Warszawski napisał małe co nieco – które ze względu na zakończenie też warto przeczytać.
Ale wracając do tych nieszczęsnych podpisów. Po co one? Dla wyjaśnienia? Dajcie spokój! Fotografia powinna samą sobą przekazywać tyle, by uruchamiać jakieś zapadki w mózgu. Jeśli 40 brodatych mężczyzn zinterpretuje ją na 40 pokręconych sposobów, to bardzo dobrze! Wtedy dopiero spełnia prawdziwie swoją rolę!
Podpisując fotografię, nadając temu tandemowi znamiona autentyczności i dowodu historycznego, obwieszczamy: „Fotografia jest obiektywna!”. A to kłamstwo. Wierutne kłamstwo. Fotografia, jak widzicie, nigdy nie byla obiektywna, mimo, że niektórzy tak właśnie by chcieli ją widzieć.
Wracając do Vishniaca – człowiek, który wydawał kolejny album miał wątpliwości co do „prawdomówności” podpisów. No i znalazł się w pewnym… „moralnym kłopocie”. ;)
Zdając sobie sprawę z tego, że większość bohaterów zdjęć mu nie pomoże (bo nie żyją), di Capua (bo tak się nazywał) znalazł się w sytuacji, gdzie jedyne, co miał przeciw Vishniakowi, to swoje podejrzenia. By wydać album i spokojnie spać po nocach zdecydował się na chytry wybieg: „fantastyczne” podpisy autora umieścił na oddzielnej stronie książki. „W jakiś sposób uratowałbym sytuację, gdybym mógł trzymać te bujdy z dala od zdjęć” — powiedział. „Sądzę, że w rzeczywistości udało mi się uniknąć najgorszego”.
Widzicie, ile problemów tworzą takie wyjaśniające podpisy? No, widzicie??! Przez całe dziesięciolecia istnieją pod zdjęciami, a potem się okazuje, że one też potrafią kłamać. I to jak! Skandal!
Dlatego: precz z podpisami!
Swoją drogą, Roman Vishniac był naprawdę świetnym fotografem – podoba mi się to, co zrobił. Według niektórych zasługuje wręcz na to, by znaleźć się w kanonie największych XX-wiecznych „dokumentalnych fotografów społecznych”, wespół z Cartier Bressonem, Walkerem Evansem czy Dorotheą Lange.
Post Tags: konfabulacje, obiektywizm, podpisy, Roman Vishniac, wkręt
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (87)
- Co zrobić? (85)


kwi 9, 2010
Reply
dobre zawsze sie obroni, bez wzgledu na to jak to opisac, co o tym napisac, jak strescic itp. jesli zadziala na widza-to znaczy ze autor pokazal prawde, mimo nawet niejasnych intencji
swietne zdjecia, widzialem „obok”
ps.sama Lodz sie nie zmieniala zbytnio, a lat minelo… ludzie jedynie sie zmienili-teraz jeszcze bardziej sie ukrywaja, mimo „lepszych” czasow
kwi 9, 2010
Reply
edit: ale oczywisce wlasnej „prawdy” nie nalezy stwarzac, a jedynie ja ukazywac, kazda manipulacja jest zla, a zlo jest zle
precz z podpisami! :)
kwi 9, 2010
Reply
Tym razem zupełnie się nie zgadzam. Co innego fotografia artystyczna, co innego dokumentalna.
Jeśli mamy zdjęcie faceta opartego o mur, z dramatycznym wyrazem na twarzy, to powiedzmy jeszcze z kontekstu reportażu możemy wywnioskować, że wojna, że pewnie coś się stało. Może zdjęcie będzie tak dobre, że będzie się broniło artystycznie. Ale bez pełnego, opisowego kontekstu, to zdjęcie nie spełni swojej roli dokumentalnej. Bo jakby się fotograf nie napinał, to nie pokaże tego, że facet minutę temu odebrał telefon, że jego żonę i dziecko rozstrzelano.
Więc prawdomówność tych opisów możemy rozpatrywać i wiadomo, że żadne konfabulacje nie powinny mieć miejsca. Natomiast nie wylewajmy dziecka z kąpielą w imię wyższych pobudek artystycznych.
kwi 9, 2010
Reply
Najpierw pomyślałem: „niesamowite”… Ale potem zaraz przyszła myśl, że to jednak bardzo „samowite” i mówi więcej o świecie, niż o fotografie. Bo prawda rzadko kiedy ma wartość rynkową a kłamstwo wszędzie przejdzie, jeśli tylko wystąpi na nie zapotrzebowanie. Najprawdopodobniej album został w ten sposób zaprogramowany przez wydawcę, który szedł z prądem wyobrażeń masowych domagających się prostych uogólnień.
Niedawno widziałem albumowe wydanie jednego z miast na Pomorzu, które za pomocą obrazowo-słownej manipulacji prezentuje bajkową przeszłość niemiecką ( podkręcone kolorowe stare pocztówki z sentymentalnym opisem ), a polską historię kwituje zdawkowymi zdaniami i szaro-szarymi zdjęciami współczesnymi. Prawdopodobnie adresatem tego wydawnictwa jest niemiecki turysta i to cała zagadka.
Trudno nie zgodzić się przy tym z Alexem. Dokument fotograficzny bez podpisu jest jak pusta butelka po winie: może nam się podobać jej kształt lub kolor, ale cóż po niej kiedy wina brak? ;)
kwi 9, 2010
Reply
Problem nie jest taki oczywisty jak się może wydawać.
A.Sander realizując „Ludzi XX wieku” starał się obiektywnie pokazać cały przekrój społeczeństwa.
Visniac jadąc do Polski nie miał zapewnie ambicji pokazać „Żydów polskich”, tylko ginący świat Żydów (tak nawiasem ginący świat zginął gwałtowniej i szybciej, tym większa wartość dokumentu Visniaca).
Fakt, że koloryzowanie (w opisach) a kłamstwo to nie to samo. Ten sam problem dotyczy reportaży pisanych. Ostatnio czytałem wywiad z wnukiem Haile Sellasje. W Wywiadzie tenże człowiek zarzuca wiele kłamstw Kapuścińskiemu. Jak daleko można koloryzować rzeczywistość? Nie wiem. Wiem, że czysty dokumentalizm nie zawsze bywa ciekawy.
kwi 9, 2010
Reply
też mam odmienne zdanie co do opisów pod zdjęciami. Po pierwsze fotografia dokumentalna ale to było powiedziane wyżej. Po drugie oglądając fotografie nazwijmy je artystycznymi nie trzeba czytać ich opisów czy tytułów i można interpretować obraz na swój sposób. Po trzecie manipulować można i samym obrazem i jeśli taki niecny cel ma autor nic się na to nie poradzi. Fakt słowo pomaga tej manipulacji natomiast jego brak jej nie wylkucza. Po czwarte mając świadomość swojej muzycznej ułomności, braku poczucia rytmu i ucha opisy przypominają mi trochę muzykę w tańcu. Mnie osobiście zupełnie ona nie przeszkadza tak jak i te opisy, a bywa, że pomoże :)
kwi 9, 2010
Reply
ale, zeby być uczciwym. Często nie podpisuję swoich wypocin z ideą „A pomyślcie sami” :)
kwi 9, 2010
Reply
Generalizowanie zawsze kończy się źle. Podpisy powinny istnieć gdzieniegdzie, a gdzieniegdzie nie powinny. Zostawiam decyzje fotografom. To najlepsze rozwiązanie. Nie rozumiem dlaczego zdjęcie z podpisem ma być lepsze od tego bez podpisu i odwrotnie?:)
kwi 9, 2010
Reply
To o czym piszą w tym artykule nie jest niczym innym, jak tzw. „ramkowaniem” – czyli wsadzaniem zdjęć w mentalne ramy, dzięki którym widzimy na nich to, co wg autora mamy zobaczyć. Aktualny przykład – zdjęcie, które wygrało World Press Photo – bez podpisu można je interpretować jak się chce…jak dla mnie babka krzyczy do innej żeby pranie zdjęła, bo deszcz idzie ;) A dzięki podpisowi widzimy wielką historię…no dobrze większość ludzi widzi.
kwi 9, 2010
Reply
Słowo staje się ciałem.
Co na na ekranie to na dywanie (odnośnie porno)
itp.
iczek@
Dopiero dzisiaj rzuciłem okiem na Twoje zdjęcia, no całkiem porządna robota, gratulacje.
kwi 9, 2010
Reply
„Fotografia reportazowa bez podpisu nie istnieje”
kwi 10, 2010
Reply
Zirytowany wszędobylskimi podpisami zdjęć też zrobiłem wkręta:
http://wantsky.blogspot.com/2009/04/tadeusz-70-i-halina-69-od-42-lat-razem.html
Nie uważam, że nie ma fotografii reportażowej bez podpisu, ale przyznaję, że zmienia on perspektywę odbioru.
Pozdr.
Karol
kwi 14, 2010
Reply
@Alex Paleczny: chcesz rozdziału między fotografią dokumentalną, a artystyczną. A co je definiuje?
Deklaracja autora?
Mówicie, że nie tylko fotografia z podpisem potrafi kłamać – oczywiście, że tak!
Kłamią filmy, kłamie prasa, kłamie radio.
Tylko mam wrażenie, że tzw. ogół, gdy widzi tekst okraszony fotografią, bądź fotografię okraszoną tekstem, zaczyna (dziwi mnie to) automatycznie kiwać potakująco głową. Tak jakby fotografia była automatycznym i wiarygodnym „pokwitowaniem”, „potwierdzeniem” słowa pisanego. A tak nie jest, i to staram się powiedzieć.
Mi samemu podpisów też pewnie by brakowało – ale krzyczę nie po to, by wzbudzić kontrowersje, ale by takie historie, jak „wkręt Romana” docierały wszędzie i by wszyscy potrafili wyciągać z nich wnioski, tj. dystansować się do „prawdy podpisanej fotografii”.
kwi 14, 2010
Reply
@Rudolf
A czemu od razu rozdziału? Widzę miejsce na dużą część wspólną tych zbiorów. Jedyne co mówię, że dla olbrzymiej części fotografii dokumentalnej, opis jest niezbędny dla właściwego skontekstowania przekazu dokumentalnego. A to, czy będzie on prawdziwy, czy fałszywy, to już zupełnie inny problem.