środa
Czarno-białe, Felietony gościnne, Marudzenie, Plenery fotograficzneO tym, jak fotografia analogowa przyniosła mi ulgę
Słowo wstępu od Rudolfa: zastanawiałem się, czy publikować taki wpis, ale po rzucie monetą i odczycie fusów z filiżanki po kawie wyszło, że tak. Zdaję sobie sprawę, że może on zostać odczytany jako głos w wojnie analog-cyfra, ale jeśli potraficie – zdystansujcie się od tego i po prostu przeczytajcie historię pewnego człowieka. Warto.
Rodzina i znajomi pytają mnie, dlaczego właściwie robię zdjęcia „tymi starociami”. Na filmie. Przecież aparat cyfrowy robi lepsze. I taniej. I szybciej. Wiem, nikomu nie muszę tłumaczyć się ze swojego hobby. Kultura zachodu nauczyła nas, że hobby drugiego człowieka to świętość, a jak ci się nie podoba, to twoja sprawa, ale stul pysk. A jednak nigdy nie mogę oprzeć się pokusie wytłumaczenia się. Może dlatego, że nie umiem powiedzieć „stul pysk” drugiemu człowiekowi; może dlatego, że lubię rozmawiać o tym, co lubię; a może dlatego, że – jak zaobserwowałem – mówiąc, wpadam na pomysły.Więc moje tłumaczenia są za każdym razem inne i pewnie bliscy dawno już zaobserwowali niski poziom powtarzalności wypowiedzi; zapewne znudzili się nimi też. I w ogóle pytają z grzeczności, albo żeby zagaić temat. A jest chyba tak (stan na bieżący dzień, bo przecież jutro może być już inaczej):
Krótka – kilkuletnia – i intensywna przygoda z fotografią cyfrową kojarzy mi się teraz z wygiętym w łuk kotem, który trwa w osłupieniu, przerażeniu i krańcowym napięciu. Trzaskanie setek, tysięcy zdjęć; palec drżący nad spustem migawki tak, że czasami wyzwala go przypadkowo; ekran wyświetlacza zaparowany od oddechu; a potem, dla odmiany, serce łupiące od… bezdechu! Tak, miałem nos przypłaszczony do aparatu i często łapałem się na bezdechu. W oczekiwaniu na moment. Potem trzepnięcie, zerknięcie na ekran, znów przypłaszczony nos, znów trzepnięcie. Bezdech. Napięty jak struna kot.
Wbrew pozorom nie mowa o reporterce. Nawet nie o jakichś ślubach. Ani o sporcie. Tak można robić zwykłe zdjęcia, o zgrozo. Dzieci, budynki, ptaszki, kwiatki, krajobrazy. Wbrew pozorom secundo: nie jestem bezkrytyczny wobec kompozycji i jakości. Wręcz przeciwnie, ogromna większość zdjęć lądowała w koszu. I wiedziałem z góry, jeszcze przed naciśnięciem spustu, które wyląduje. I naciskałem. Bo trwałem w stanie napięcia mięśniowo-mózgowego, które kazało naciskać.
Przesilenie przyszło w lipcu 2009 podczas tak zwanego „Kelby Photo Walk”. Pod egidą człowieka-orkiestry świata fotografii cyfrowej Scotta Kelby’ego na całym świecie organizowane są przechadzki z aparatami. Ponieważ moje uzależnienie i tak nie pozwalało mi już wychodzić z domu bez aparatu, nie mogłem przepuścić takiej okazji. Zapisałem się i wziąłem udział w spacerze. Grupka ludzi obwieszona sprzętem ruszyła na obfotografowywanie jednego z miast Zachodu. Cykali wszystko, wszędzie i w każdym kierunku. Chwilami klekot luster przypominał trzepot skrzydeł. Był chaotyczny, równomierny. Jak deszcz. Chaosowi przewodniczył tamtejszy organizator spaceru, który miał specyficzną metodę fotografowania: trzymał aparat niby niedbale, nigdy przy twarzy, niby to idąc sobie ot tak, a w rzeczywistości celując w przechodniów, kobity z zakupami, zatroskanych starców, dzieciaki w wózkach, i raz po raz cykając, cykając, cykając. Czasem zarzucał aparat niby to przez ramię, i znowu cyk. Czasem niczym rewolwerowiec strzelał z pasa. A zawsze w ludzi.
Mój kot był już wtedy mocno wygięty. Z jednej strony chciałem fotografować, poszukiwałem części wspólnej z tymi ludźmi — mieli przecież takie same narzędzia i ten sam cel: zrobić zdjęcie. Z drugiej strony czułem bezdenną głupotę tej sytuacji i nie mogłem nie zauważać spojrzeń przechodniów, którzy, całkiem słusznie, patrzyli na nas jak na pospuszczane ze smyczy charty. Pogoń za zdobyczą, wywieszone jęzory.
Zapytałem organizatora, ile z takich zdjęć cykniętych praktycznie na oślep uznaje potem za warte zachowania. „Około 1 procenta” – odpowiedział. Zanim stawiłem się na spacerze, oglądałem zdjęcia na jego blogu. Wydawały mi się nawet niezłe – ciekawa perspektywa z pasa i ludzie na pasach; jakieś rozmyte twarze i ostra latarnia; żebrak niebanalnie ukomponowany (w kadrze mieścił się tylko kawałek twarzy). Z brudem dodatkowo wzmocnionym cyfrowym algorytmem – widocznie nie był dość brudny.
Po spacerze nie mogłem patrzeć na jego zdjęcia. Te same zdjęcia.
Ale wtedy jeszcze kot żył. Na razie zrezygnowałem – właściwie uciekłem! – ze spaceru gdzieś w połowie. Nie mogłem tego znieść. Wtedy, choć wciąż zafascynowany techniką cyfrową, miałem już dość dobrze wyrobiony pogląd na tzw. street photo: nienawidziłem tego. Dobra, nie podawajcie mi tu za przykład zdjęć mistrzów gatunku – każdemu się podobają i trudno nie gapić się na nie z rozdziawioną gębą. Nie o te chodzi. Chodzi o współczesną fotografię uliczną w wydaniu tanim, traktowaną trochę jak codzienna porcja kofeiny, którą musi spożyć każdy fotograf-amator, a trochę jak sport ekstremalny („pokaż, do czego jeszcze jesteś zdolny”). Zdjęć pierdykniętych znienacka, z ukrycia, spod brzucha; płaskich scenek wydłubanych z tłumu teleobiektywem; i przeciwnie, scenek wydętych szerokim kątem; uchwyconych grymasów, które tak naprawdę są niczyje; zdjęć zatłoczonych, bezdusznych, bezsensownych.
Sam, chodząc z aparatem po ulicach, wyznawałem zasadę „najpierw pogadaj, potem zrób zdjęcie”. Zagadywałem ludzi, z którymi akurat miałem do czynienia. Od sprzedawców na straganie przez kelnerów w restauracjach po bezdomnych na ławkach z zamiarem zrobienia zdjęcia. Co ciekawe, sama rozmowa często przeciągała się, zdjęcie odchodziło na dalszy plan; czasem wręcz traciło sens. Uwielbiałem to, mam dziesiątki fotek zrobionych ludziom, z którymi gadałem. Street photo uczestników spaceru – pospieszne, na hurra i łapu capu, nieprzemyślane, nachalne, chamskie – było tym, co wtedy mnie stamtąd przepłoszyło.
Przepłoszony, w poszukiwaniu spokoju uciekłem do pobliskiego antykwariatu. Byłem tam już kilka razy, kilka razy kupowałem tu książki. O fotografii, o lokalnych legendach. W księgarni delikatnie – i przyjemnie – zalatywało książkową stęchlizną. Było przytulnie, a książki skutecznie wygłuszały hałas ulicy. Przejrzałem parę tomów, ale nie chciałem nic kupować. Wszedłem tam tylko po to, aby złapać oddech, bo mi go znowu brakło. Właściwie już miałem wychodzić, kiedy spostrzegłem, że w drzwiach stoi teraz właściciel księgarni. Wcześniej nigdy go nie widziałem, bo zawsze za ladą stała jego żona. Dziś był on sam – człowiek siwy, w wieku mojego ojca, ale trzymający się bardzo prosto, przystojny. Miał na nosie okulary do czytania, ale nie patrzył przez nie, tylko sponad oprawek obserwował ulicę i przechodniów.
Postanowiłem zrobić mu zdjęcie. W drzwiach księgarni. Oczywiście, moim sposobem, poprzedzając to rozmową. Pokręciłem się jeszcze trochę, poprzeglądałem, wreszcie zdobyłem się na odwagę i do niego podszedłem. Przywitanie, nazywam się tak i tak, jestem stąd i stamtąd, ładna pogoda i tak dalej. Mężczyzna odpowiedział na przywitanie, obejrzał mnie ciekawie, po czym rzucił krótką piłkę:
– Jeśli zamierza mi pan zrobić zdjęcie, proszę od razu wybić to sobie z głowy.
Zamurowało mnie. Tak, zdarzały mi się odmowy zrobienia zdjęcia. Chichoty zawstydzenia, oburzenie i pretensje, pytania o celowość, pytania o prywatność, pytania o kwalifikacje, głupie tłumaczenia na około, wymawianie się brakiem czasu. Jednak pierwszy raz ktoś uprzedził moje pytanie, a na dodatek wymierzył precyzyjnie i bezwzględnie. Dziwne, bardzo dziwne. Ale musiałem wyjść z tego z twarzą. Nie było też sensu udawać, że nie chodziło mi o pstryk.
– Tak, rzeczywiście chciałem zrobić panu zdjęcie – przyznałem. – Ale jeśli pan sobie nie życzy, nie ma sprawy. Tylko… właściwie dlaczego nie?
Nie oburzył się moim pytaniem. Nie odpowiedział, że to nie moja sprawa. Nie powoływał się na prywatność, ochronę wizerunku ani inne, pfuj, świętości. Zaczął rozmawiać. O fotografii i filmie. Mówił o Diane Arbus, o Susan Sontag, ze względu na moją narodowość o Kieślowskim. Był oczytany, co chwilę mnie zaginał. Ale nie czułem skrępowania, stworzył mi swobodę dialogu. Nie próbował osaczyć, przybić erudycją. Sam nie fotografował, ale na fotografii znał się, bo jak się okazało kiedyś redagował opisy do almanachów fotograficznych. Zresztą znał się chyba po trochu na wszystkim, jak to każdy człowiek, który zawodowo zajmuje się książkami. Mówiliśmy też o rzeczach zwykłych – ja o moich innych zainteresowaniach, o rodzinie, o pracy. On o słabej sprzedaży książek, też o rodzinie, o jego obserwacjach życia z drzwi księgarni. A obserwatorem był niezłym.
Kazał mi przyjrzeć się pewnemu Polakowi, który w sąsiadującym małym Tesco pracował jako ochroniarz. Polak ów miał mieć niezwykłą siłę przekonywania.
– Spójrz na nastolatków, którzy tam piją piwo. Trzech innych ochroniarzy próbuje ich przepędzić i nic nie wskórają, bo ci młodzi są wyszczekani, pijani i szukają rozróby. A ten Polak, chociaż chudy i zupełnie niepozorny, a mundur wisi na nim jak na kiju, podejdzie, powie kilka słów, i go posłuchają.
Z niedowierzaniem patrzyłem, jak chudy chłopak o prostych, ciemnych włosach podchodzi i spokojnie prosi tych małolatów o odejście spod sklepu. Ci oburzają się jeszcze, coś dogadują, trochę się stawiają, a chudy ochroniarz nie wścieka się, nie podnosi głosu, tylko po prostu powtarza prośbę. Pijąca dzieciarnia niby jeszcze dyskutuje, ale już z głowami spuszczonymi, już zabierają puszki, już idą, za chwilę nie ma po nich śladu. Polak odprowadza ich wzrokiem, potem wraca do patrolowania. Trzech ochroniarzy, którzy nie dali im rady, patrzy na młodego z podziwem.
Byłem zafascynowany. Spokojnym i śmiertelnie przekonywującym Polakiem-ochroniarzem oraz księgarzem-obserwatorem. A ten ostatni, jak gdyby nigdy nic, rzucił:
– Fotografowanie to barter, handel wymienny. Obie strony muszą coś z tego mieć: fotograf i fotografowany.
Potem nie powiedział już nic więcej na temat fotografii, ale to jedno zdanie zapamiętałem dobrze. Bardzo dobrze, bo to właśnie ono ostatecznie przetrąciło grzbiet kotu i zmieniło moje spojrzenie na robienie zdjęć. Nie wiem, czy cytował kogoś, czy to była jego myśl, ale trafił w sedno. Fotografując od wielu lat koncentrowałem się praktycznie na jednym: na uzyskaniu obrazu. Zgłębiałem tajniki powstawania obrazu, jego kolorów i kresek, jego składowych technicznych i kompozycyjnych, sztuczek pozwalających uzyskać efekt, efektów pozwalających wywołać zachwyt; w dążeniu do uzyskaniu obrazu, popadałem w obłęd, zakładając, że jeśli zrobię więcej zdjęć, to mam statystycznie większą szansę uzyskania zadowalającego obrazu; robiłem więc tych zdjęć tysiące, a napinałem się przy tym jak struna, bo wiedziałem o technikach już bardzo dużo, a zdjęcia nie wychodziły takie, jak chciałem. Kot zjeżył się na maksa, a wskórał niewiele. Nie rozumiałem, że obraz nie jest celem fotografii.
Rozmawiałem z księgarzem dobrą godzinę. Kiedy wyszedłem, nie chciałem już robić zdjęć. Nie wtedy, ale w ogóle.
Odechciało mi się zupełnie. Byłem po przesileniu, z przetrąconym kręgosłupem. Myślałem, że świat runie, bo fotografia – choć tak durna w moim wykonaniu – była dla mnie ważna. A jednak nie runął. Zapragnąłem sprzedać cały sprzęt fotograficzny i odczuwałem wielką ulgę, że… nie muszę już fotografować.
Jakiś czas później rzeczywiście sprzedałem cały sprzęt. Jakie to dziwne, że godzinna rozmowa może zmienić pieczołowicie gromadzony skarb w kupę złomu, którego jak najszybciej chcemy się pozbyć. Miałem wrażenie, że zacząłem oddychać pełną piersią. I wtedy pojawiła się ona – fotografia analogowa.
Nie, nie była mi zupełnie obca. Znaliśmy się jeszcze z czasów jedynego słusznego Fotopanu HL sprzedawanego w wielometrowych rolach. Ale wtedy nie byłem jej wart – nastolatek, fotografowałem co popadnie i wywoływałem z rozdziawioną gębą. Fascynował mnie cud powstawania obrazu, nie obchodziła mnie jego zawartość. Trochę podobnie jak potem z cyfrą, tyle że wtedy jeszcze nie stroszyłem sierści na grzbiecie.
Teraz zakochałem się od nowa, bardziej świadomie. „Świadome” zakochanie polegało na tym, że wiedziałem, do czego fotografia jest mi potrzebna. Wiedziałem, czego szukam, i aparat analogowy na to pozwalał. Szukałem porozumienia z osobą fotografowaną. Takiego kontaktu z człowiekiem, w którym liczymy się ja i on, a udział pośredników jest minimalny. Nadal szukałem rozmowy, ale teraz nie prowadziłem jej po to, żeby zrobić zdjęcie. Rozmowa stała się celem. Zafascynowała mnie odmienność ludzi i ich losów; poczyniłem nowe obserwacje na temat ludzi; zacząłem doceniać te cechy innych, które dotychczas mnie drażniły, oraz zżymać się na cechy własne, które dotychczas wydawały mi się moim sacrum. Naturalnie, wszystkie te przemiany miały tło znacznie głębsze niż fotografia; ale fotografia to przecież sposób patrzenia na świat. Dla osób, dla których jest ważna, fotografia jest ważną częścią postrzegania rzeczywistości i odwrotnie: to, co myślą o innych, warunkuje sposób fotografowania. Fotograf tworzy obraz, ale obraz stwarza fotografa – to drugi poziom „barteru”, którego być może nie miał na myśli mój rozmówca z księgarni. Skoro zaś fotografia przeplata się z postrzeganiem, użyte w fotografii medium można przyrównać przynajmniej do nastroju, jeśli nie do samej duszy. Ostrość, precyzja, bezbłędność, skuteczność, powtarzalność, twardość, matematyczność, kolczastość nośnika cyfrowego. Miękkość, niedokładność, przypadkowość, rozmycie, chemiczność, mokrość i śliskość kliszy. Klisza jest bliższa człowiekowi. Cyfra jest potrzebna, ale trzeba ją stosować z rozwagą, jak brzytwę, bo rani wizerunek człowieka. Film nie nadaje się do wszystkiego, ale odwzorowany na nim człowiek jest otulony i bezpieczny. Klisza jest bawełną, cyfra jest poliestrem. I tak dalej.
W „Doktorze Żywago” był taki akapit o tym, że każda miłość ma w sobie coś z litości. Zastanawiam się, jak dużo jest w moim nowym zakochaniu zwykłej litości do tej starej techniki, chyba skazanej na powolną śmierć. Ile pragnienia, by jak najdłużej utrzymać ją przy życiu. I jeszcze, ile nostalgii do aparatów-dziaduszków, ile potrzeby ceremoniału zakładania kliszy, ile tęsknoty za zapachami ciemni. Może ja sobie to wszystko wmawiam i może wszyscy dookoła mają rację? Przecież tak jest drożej, nie mydlmy sobie oczu. Przecież mniej praktycznie – to oczywiste. Przecież zdjęcia wychodzą gorzej…
Czyżby? Chyba jednak wychodzą lepiej. Lepiej według mnie. To „według mnie” jest bardzo ważne. Fotograf-zawodowiec pracuje dla innych. Fotograf-amator dla siebie. Jasne, musi być krytyczny wobec siebie i własnego gustu, ale nie może przestać uznawać własnego nastroju i, właśnie, chyba jednak duszy. Owszem, technikami cyfrowymi można zasymulować kliszę. Podobnie jak dobrym syntezatorem idzie zasyntezować cały band jazzowy, a jednak nikt nie przyjdzie na gig choćby najlepiej zaaranżowany na keyboardzie, kiedy obok będzie grał choćby i lichy zespół, ale na prawdziwych instrumentach.

Sensem wymiany handlowej nie jest samo wzajemne przekazanie towarów o podobnej wartości. Prawdziwy sens polega na tym, abyś ty przekazał mi to, co jest mi potrzebne, a ja tobie to, co tobie jest potrzebne. Wymiana podczas fotografii nie obejmuje obrazu; obraz jest tylko produktem ubocznym. Wymieniamy się stanami ducha, słowami, spojrzeniami, nastrojami, oczekiwaniami, obietnicami. Ja daję tobie upust dla słów, ty dajesz mi swoje zainteresowanie. Ja tobie daję kontekst do ponarzekania na świat; ty mnie nadzieję, że nie jestem sam na świecie. Jeśli z tego wyjdzie zdjęcie, to dobrze. Jeśli nie – nie szkodzi.
Jestem z natury gadułą. I człowiekiem, który się tłumaczy. Nawet jeśli wiem, że mam rację, czuję potrzebę wytłumaczenia się. Nie lubię tego u siebie; wolałbym być jak ten ochroniarz sprzed Tesco, który po prostu mówi jak ma być. Wtedy powiedziałbym: „fotografia analogowa jest lepsza”. I tyle. Tymczasem wyszło z tego kilkanaście akapitów, a nadal nie wiem, czy tą gadaniną dotknąłem sedna. Ale jeśli nie, to jest ono gdzieś w pobliżu.
Post Tags: antykwariat, barter, kot, obserwator, Scott Kelby, starocie, ulga
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (88)
- Co zrobić? (86)


maj 26, 2010
Reply
Fajna ta przypowieść o ksiegarzu i ochroniarzu. Dla mnie liczy się obraz finalny, zapisana informacja – nie uświęcam środków, tak jak to czyni autor. Liczy się zdjęcie a nie droga dojścia do niego, nie ważne jest to nabożeństwo – istotą jest informacja.
Zatem czy cyfra, czy analog to nie ma znaczenia – chociaż nie, ma: cyfra jest doskonalsza.
maj 26, 2010
Reply
Bardzo mi się podoba ten wpis….
maj 26, 2010
Reply
e tam, efekt finalny, liczy sie droga, równie dobrze mozna ogladac naszional dżeografik i nie ruszać sie z fotela bo po co, wszystko jest na ekranie ;]
jak się coś lubi to droga ma wielkie znaczenie, moze i największe !
pozdrawiam
maj 26, 2010
Reply
Ciekawe. Czytając ten wpis zrozumialem dla czego sprzedałem hybrydę, dlaczego oddałem rodzinie małpkę, i dlaczego zenit stoi już rok na półce, a ja szukam sobie wymówek. Dziekuje.
maj 26, 2010
Reply
odjęło mi mowę
maj 26, 2010
Reply
Tekst bardzo mi się podoba. Idea zgłębiania, poznania prawdziwych motywów, którymi się kierujemy w życiu, w hobby, jest mi bardzo bliska.
maj 27, 2010
Reply
Temat, który podjął autor wpisu jest niestety rzadko poruszany, dlatego bardzo fajnie coś takiego przeczytać. Analizowanie tego wpisu jako „uświęcanie środków” wydaje mi się całkowicie nietrafione. Gdyby w fotografii opisane w tym tekście chodziło o sam obraz, sposób osiągnięcia celu nie miałby większego znaczenia. Natomiast tu chodzi o to, że PRZED naciśnięciem spustu migawki mają miejsce te wszystkie rzeczy, które nadają sens późniejszemu obrazowi. Dlatego tu nie chodzi o celebrację robienia zdjęcia ale o celebrację czasu przed jego zrobieniem.
maj 27, 2010
Reply
strażnicy tajemnic :) barter duchowy… barter stanów ducha, też uważam, że tak to powinno działać. nie tylko w fotografowaniu ludzi, ale też przedmiotów, pustych miejsc, krajobrazów. ulic, kwiatów i zwierzaków. przyjemna lektura.
maj 27, 2010
Reply
fajnie napisane. Dodam tylko, że u mnie nie ilość cykanych fotografii męczyła kota ale jakość. Już nie mogłem patrzeć na kolory z cyfry. W zależności od światła pojawiała się jakaś dominanta, która wykrzywiała mi gęborys w grymasie bólu. poza tym inni przypiszą to na plus ale dla mnie jest minusem zmiana kolorystyki obrazu cyfrowego za pomocą balansu bieli czy PS-a. Bardzo nienaturalne to dla mnie jest. I jeszcze cyk pstryczek w PS-sie i przekształcamy zdjęcie kolorowe w czarno-białe. Przecież już przed pstryknięciem mówi nam obraz czy nadaje się tu kolor czy uwypuklimy treść stosując jedynie film czb. Co do rozmowy przed (zamiast) zrobienia zdjęcia. Popieram, czasem stosuję, lubię. Ale też nie wacham się użyć aparatu bez zgody, znienacka. A w ogóle to za dużo robię zdjęć i tak. Z jednego filmu 120 potrafię zrobić czasem 1 czasem 2 dobre (w moim pojęciu) zdjęcia. A pozostałych 10, 11? Zdecydowanie za dużo cykam. Powtórzę się. Fajny tekst napisałeś :)
maj 27, 2010
Reply
I jeszcze pytanko. Czemu zmieniłeś tytuł bloga? Przecież to głupcze to do mnie było, do mojej wiedzy i umiejętności fotograficznych. Od razu się dobrze czułem, jak mi tym słówkiem przypominałeś co to skromność i pokora.
maj 27, 2010
Reply
Historia trochę w stylu „Lisbon Story” Wendersa.
maj 27, 2010
Reply
Bardzo ciekawy wpis. Ujmuje w słowa to, co czuję gdzieś podskórnie, ale nie mogłem nazwać po imieniu. Chyba lepiej rozumiem dlaczego zdjęcia, które robię dla siebie – robię analogowo, a zdjęcia, które robię dla kogoś – cyfrowo.
maj 27, 2010
Reply
Kluczowy wydaje mi się podział na fotografię dla siebie/fotografię dla innych. Dwa różne podejścia do robienia zdjęcia, do jego treści i formy, więc nie ma się co łudzić, że zdjęcie robione dla siebie stanie się popularne wśród obcych. stąd nieporozumienia i rozczarowania, że ktoś nie dostrzega w naszym zdjęciu tego co my.
Tytuł wpisu moim zdaniem będzie mylący dla niektórych czytelników, bo przecież tekst nie jest o wyższości analogowej technologii nad cyfrową tylko o wyjściu poza technologię właśnie. Zamiana elektroniki na chemię ma raczej znaczenie symboliczne-oczyszczające. Oczywiście argumenty logiczne za i przeciw jednej technologii i drugiej by się znalazły, ale miałyby znaczenie drugorzędne bo sedno sprawy jest poza niuansami technicznymi.
maj 27, 2010
Reply
Bardzo dobry wpis, ciekawy i dobrze napisany. Może nie przekonują mnie argumenty w stylu cyfra to dużo byle jakich zdjęć analog mało dobrych zdjęć. Wszystko zależy od człowieka jeden strzela setki tysiące zdjęć a inny zrobi trzy.
Ostatnio nie robię zdjęć wychodzę z aparatem, chodzę, szukam tematu – obiektu i wracam z 3-4 zdjęciami z których 90% ląduje w koszu.
maj 27, 2010
Reply
Po pierwsze gratulacje dla Autora … swietny tekst! Po prostu się czyta … Fotografowanie to styl życia i każdy z nas ma prawo wybrać sobie taki sposób pracy, który da mu poczucie komfortu, spełnienia i radości z robienia zdjęć. Autor odnalazł swoją ścieżkę i z dumą nią kroczy ;-) Problem w tym, że nie ma jednej , jedynie słusznej i prawdziwej, drogi do dobrych zdjęć. Każdy z nas musi znależć swoją własną … indywidualną. Dla mnie fotografowanie, to przemierzanie nieznanych zakamarków wielkich miast w poszukiwaniu klimatów codziennego życia … Na ulicach tyle się dzieje, że czasami karta na 1000 zdjęć jest za mała, aby oddać choćby w części niepowtarzalność chwil i miejsc.
Po drugie pozdrawiam jhk
maj 27, 2010
Reply
Rudolf, bardzo dobrze, że dałeś ten wpis. Napiszę więcej, nigdy nie wahaj się dawać wpisy na temat analog-cyfra. Gdzie jak nie na ZK można o tym po-rozważać. Ten wpis akurat jest trafny i nie będę go komentował merytorycznie, pozwolę aby kierunek wytyczony przez autora pozostał „czysty”.
Dodam od siebie do tematu to, co sam wiem po wykonaniu olbrzymiej ilości zdjęć i przestudiowaniu olbrzymiej ilości fotografii, że w fotografii wybitnej, najwyższej próby, w pełni satysfakcjonujący efekt daje negatyw, ostre szkło i odbitka analogowa. Cyfra ani nie narysuje linii, ani tła, ani cieni w taki sposób w jaki dzieje się to na materiale światłoczułym chemicznym. I ten fakt znajduje odbicie także w odbiorze fotografii w galeriach.
Oczywiście pomijam fotografię dla gówniarzy i dla magazynów.
Problem z cyfrą jest taki, że sięga ona do 75% jakości pożądanego obrazu (jakości technicznej i estetycznej), wyżej zaczynają się kombinacje cyfrowe, z których wychodzi imitacja, co jest widoczne na zdjęciu.
Fotografia cyfrowa i analogowa na najwyższym poziomie są różne.
Problemem w fotografii analogowej jest to, że te zdjęcia na wysokim poziomie nie robi się łatwo pod względem technicznym. Jednak po opanowaniu techniki – okazuje się, że do wysokiej jakości fotografii za pomocą analoga dochodzi się kilka razy szybciej niż za pomocą cyfry.
Analog – dużo przygotowań, ćwiczeń, sporo czasu zanim wyjdzie zdjęcie wysokiej klasy, ale potem jak z automatu zaczynają szybko wychodzić kolejne zdjęcia wysokiej klasy.
Cyfra to gotowy system od początku, który od razu daje wysoką jakość techniczną. Wydaje się to łatwe, ale po pierwszym olśnieniu pojawia się konstatacja, że nie wiadomo gdzie trzeba szukać tej drogi do wysokiej klasy zdjęć, której to drogi nigdy w cyfrze się nie odnajduje, ponieważ poszukiwania są prowadzone przed komputerem – niech mi nikt nie opowiada baśni z 1000 i 1 nocy, że jest inaczej, bo się dopiero wścieknę! Sam przesiedziałem jak kretyn setki godzin przed komputerem, i to z nie byle jakimi grafikami, po czym wziąłem MF analogowy i „na skróty” dostałem to wszystko czego chciałem szybciej. Pomijam temat wydruków, ponieważ słownictwo konieczne do opisania tego nie mieści się w konwencji ZK.
Takie są moje wnioski.
Aparat fotograficzny to jest maszyna, nic więcej, która zarejestruje to co jest przed obiektywem i nic więcej.
Zdjęcia z ręki na ulicy. Może udać się jakiejś ciekawe ujęcie, ale tak się nie robi fotografii, to raczej zabawa, osobiście dla mnie, bardzo subiektywnie, to kretynizm, ale… Pokazać na zdjęciu świat z pozoru takim jakim on jest, ale przy tym coś czego nie widać gołym okiem, to jest sztuka. A to potem widać na zdjęciu.
Ostatnia uwaga na koniec o cyfrze, dlaczego do większości zdjęć wysokiej klasy jest analog. Cyfra to jakość od pierwszego metra do ostatniego, jak z telewizora, to jest nie do zaakceptowania, natomiast „psucie” obrazu cyfrowego ma sens ale tylko do pewnego stopnia – z reguły psucie jest możliwe w minimalnym stopniu jeśli chce się zachować jakąś powagę swojej roboty. Pewne rzeczy w fotografii po prostu nadal łatwiej uzyskać na negatywie. Analog daje obraz pochodzący z realnego świata, cyc jest jak cyc, z cyfry to jest inne, przefiltrowane, z cyfry to jest zero pornografii, wyłącznie manga! (zakładam przy tym, że nie uwzględniamy popędu młodzieńczego do p.zdy jakiejkolwiek byle p.zdy).
Moim zdaniem nie istnieje spór: cyfra-analog. Cyfra zajęła miejsce negatywu na pewnych polach, ale nie na wszystkich. Dla amatorszczyka, któremu zdaje się, że jest taki wybitny, cyfrowa lustrzanka i imitacje na komputerze to jest szczyt! To jest to na co czekał, czego nie wyobraża sobie, żeby nie mieć! „Jak wy mogliście żyć bez aparatów cyfrowych i komputerów?” zwykł pytać taki palant (onanista z 3 roku socjologii).
Proszę aby krytycznie nie odnosić się do mojego wpisu – napisałem co wiedziałem i tyle. Wiesz co innego, pisz co wiesz, nie pisz czego ja nie wiem. Proszę nie komentować też tego co nazywam zdjęciem wysokiej klasy, bo to nie ma sensu. Przy odrobinie woli i wyobraźni problem zniknie.
Pozdrowienia dla Adama i Rudolfa
maj 27, 2010
Reply
To jeden z ważniejszych tekstów na tym blogu. Mnie się nie wydaje, jestem tego pewien !
pazdrawlaju Wsjech.
maj 27, 2010
Reply
O kolorach nie wspomniałem, ale to oczywiste…
maj 27, 2010
Reply
Bardzo ciekawa analiza, taka, niemalże, intymna. Ale również świadcząca, że Autor jest w połowie drogi – jeszcze liczy się technologia, sprzyjająca lub nie, zamysłom. Pewnie na końcu tej drogi będzie stwierdzenie – lecę, nie ważne na czym, choćby na przysłowiowych drzwiach od stodoły, ważne, że lecę.
maj 27, 2010
Reply
katharsis…
maj 27, 2010
Reply
Na początku bałem się, że będzie to wpis o fotografii cyfrowej jako natręctwie znerwicowanego pstrykacza. Na szczęście jest to tekst o czymś ważniejszym. Jest on nawet bardziej filozoficzny niż fotograficzny, choć nie unika on niepotrzebnego znęcania się nad cyfrą (porównania do keyboardu).
Można sądzić, że przyczyna owego „kociego wygięcia” nie leżała w samej technice, ale w stanie umysłu, który można określić jako powierzchowna pogoń. Można zgodzić się, że wielu fotografów temu stanowi ulega oraz że łatwość jaką daje cyfra może temu sprzyjać. Drogi do fotograficznego spokoju, wyhamowania, zadumy nie prowadzą poprzez samą zamianę cyfry na analoga. Na tę drogę wchodzimy w chwili, gdy zaczynamy w sposób rzeczywisty zastanawiać się nad swoją fotograficzną drogą.
I chyba – mimo wszystko – o tym jest ten tekst.
maj 27, 2010
Reply
primo:
wpis na blogu bardzo istotny, ważny i godny uwagi
secundo:
myślę że problem/istota jednak tkwi w samej technice. To, czym fotografujemy ma wpływ na to jak postrzegamy. Porównałbym to do ubrania – to w czym chodzimy, ma wpływ na to, jak się czujemy. Stan umysłu wg powyższego jest pochodną naszego doświadczenia i używanej technologii. Niektórzy kochają cyfrę i tylko w niej się realizują, a niektórzy nie. Tak jak jedni zakładają dresy, a inni garnitury.
maj 27, 2010
Reply
kraftsman@ „Można sądzić, że przyczyna owego “kociego wygięcia” nie leżała w samej technice, ale w stanie umysłu, który można określić jako powierzchowna pogoń.”
też tak myślę.
maj 27, 2010
Reply
Analog, cyfra – na końcu jest i tak obraz, i takie debaty nie mają dla mnie żadnego znaczenia. A takich wpisów proszę więcej, bo wspaniale się to czyta. Techniczne koncepcje są tu tylko tłem do „zmysłowej” podróży. Najważniejsze jest to, co trudno opisać – ta droga właśnie. Jak już przestanie się pędzić na złamanie karku (analogiem też można się zapędzić, choć cyfrą faktycznie łatwiej), to znacznie więcej zacznie się zauważać. I wtedy można spokojnie iść na spacer fotograficzny, choćby się miało wrócił tylko ze zdjęciami, jakich się nie zrobiło.
maj 27, 2010
Reply
Jestem po lekturze tylko tekstu Rudolfa, przyznaję nie czytałam komentarzy (choć zwykle to robię), nie chcę się niczym sugerować/mam magisterkę czekającą na mój czas. Jak to dobrze Rudolfie, że rozmawiałeś z tym panem w antykwariacie – niesamowite jest to jak różne portrety tej samej osoby powstaną jeśli z nią porozmawiamy i gdy tego nie zrobimy. Okażemy chwilę uwagi /nie wymuszonej, ale rzeczywistego zainteresowania/w zamian za zdjęcia – damy swój czas.
Dopiero teraz, po tym tekście zaczynam rozumieć formułę Twojego bloga. I jest w niej coś innego, szczególnego, a w Twoich wpisach szczerość i przekonanie. Nie ma głupich literówek, niegramatycznych i bezstylowych zdań /co mnie okropnie wkurza nawet w mailach i sms-ach/. Po prostu oprócz robienia zdjęć, potrafisz dobrze pisać i szanujesz czytelnika :)
No, ale koniec już słodzenia.Długo broniłam się rękami i nogami przed użytkowaniem aparatu cyfrowego, teraz ze względów zawodowych już prawie od roku tylko tak fotografuję, właśnie na ulicy – mając czasem czas na rozmowę, a czasem będąc zmuszona nawiązać kontakt w przysłowiowe 5 minut. /a mój kochany Canon AE-1 czeka… Z drugiej strony zauważyłam, że zostało mi analogowe przyzwyczajenie do kadrowania i przemyślenia najgłupszego zdjęcia z ulicy, a jak jestem niezadowolona to natychmiast, bez oglądania na komputerze kasuję zbędne. Wciąż patrzę analogowo… ale efekt „kliszowy” dla mnie nie będzie nigdy.
Powoli też godzę się z tym, że choć dobrze mi w fotoreporterce, to fizycznie (=finansowo) nie dam rady, i gdzieś tam głęboko się cieszę, nie wiem co będzie, ale mój Canon przestanie odpoczywać… Może lepiej dla jakości zdjęć zawodowo fotografią się nie zajmować, może to jest z korzyścią dla zdjęć?
Jeszcze nie wiem.
maj 27, 2010
Reply
U, popatrz w prawym górnym rogu kto jest autorem tego wpisu. :-)
maj 27, 2010
Reply
No, tak… :) Od razu zaczęłam czytać. Cała ja, nie będę tego przepisywać, w miejscu imienia Rudolf i jego zaimków osobowych należy wpisać Adama.
Swoją drogą ciekawe… dlaczego tak mi się to ładnie wkomponowało.
Widać Panowie się nawzajem bardzo dobrze uzupełniają.
Może warto kontynuować współpracę.
maj 27, 2010
Reply
jeszcze tak mi się nasunęło zapytanie. czy w sprawach sądowych pliki cyfrowe są/mogą być np. dowodem w sprawie. Czy istnieją jeszcze obszary życia gdzie fotografia na kliszy jest niezastąpiona (oprócz fot. artystycznej)? Mam tu na myśli właśnie kryminalistykę, sądownictwo albo zupełnie coś innego? No i jeszcze jedno. Czy klisz kiedyś zabraknie?
maj 27, 2010
Reply
Bardzo dobry wpis i bardzo mi się podoba. Ja ciągle trzymam swoją Practice LTL na honorowym miejscu. Pewnego dnia mam zamiar kupić rolkę 35 mm i wyjść na miasto z tym sprzętem by zrobić parę „głębokich” ujęć. Nie czuję się jeszcze na to gotowy…
maj 27, 2010
Reply
Dobra, to pokażcie teraz te Wasze „natchnione w pachnącej ciemni” zdjęcia – bo chwalić starą technologie to jak widać umiecie doskonale. ;)
maj 28, 2010
Reply
http://onephoto.net/?p0=2&p1=1&user=47927&gal=1 Sempoo wystarczy? Sorki jeśli zdjęcia liche ale ja jak rycerz z zakutą pałą zawszę podnoszę rękawicę
maj 28, 2010
Reply
Cześć wszystkim. Bardzo dziękuję za miłe słowa o tekście i za krytyczne uwagi.
Rzeczywiście, zarodkiem i szkieletem dla tekstu było przeciwstawienie cyfra/analog, ale mięsem jest droga do fotografii, jej znaczenie. Oczywiście, temat potraktowany bardzo pobieżnie, liźnięty zaledwie, sam przecież dopiero szukam i zaczynam, a jednak bardzo chciałem coś napisać dla blogu Rudolfa, choćby i naprędce. Bo podoba mi się (blog, nie Rudolf). Blogów jest tak cholernie dużo, także o samych blogów fotograficznych, że kiedy trafi się na taki, który ma sens – a ten ma – to aż chce się tu pozostać dłużej.
Nie jest tak, że podoba mi się wszystko, co pisze Rudolf, albo wszystko, co piszą komentatorzy; a jednak mam wrażenie, że na „Kwadracie” pisze się po zastanowieniu, a nie – jak w wielu miejscach Internetu – przed. To bardzo ważne w naszych czasach pochopnych opinii i wyroków bez sądu.
Mam nadzieję, że Rudolf dopuści mnie jeszcze kiedyś na łamy „Kwadratu”, sam też mam nadzieję czytać teksty innych. Tymczasem muszę wziąć się za kolejkę klisz do wywołania…
Adam
ps. @ml — zdjęcia „Antoni” (to drugie) i „Viktoria” są świetne.
maj 28, 2010
Reply
Świetny wpis, czyta się rewlacyjnie jednym tchnieniem niemalże. Dawno nie było na ZK tak dobrego tekstu. Pozdrowienia z Łodzi :)
maj 28, 2010
Reply
technika jest INTEGRALNA z mięsem (cokolwiek jest tym mięsem)
I N T E G R A L N A
z pustych rąk zdjęcie nie wychodzi
fotografii artystycznej nie można sprowadzać ani wyłącznie do techniki ani wyłącznie do tematu
maj 28, 2010
Reply
takie wpisy tylko potęgują moje pragnienie wkroczenia (poniekądo ponownego) do świata fotografii analogowej. Jestem zmęczony i zniesmaczony płytkością i masowością fotografii cyfrowej. To substytut, nie dorównujący oryginałowi. Jeszcze nie wiem, jaki sprzęt analogowy kupić, ale przez 35mm chcę trafić w 6×6. Fascynuje mnie to, ale póki co udaję oldskul: Helios 44 i 100% manualny tryb w cyfrowym „lustrze”, ale i to mnie wkurza, kiedy wynik pomiaru ekspozycji widzę via LCD w wizjerze, a nie pokazuje mi go magiczny, wychyłowy wskaźnik w dobrze mi znanym Zenicie TTL. Fotografia cyfrowa moim zdaniem sprawdza się tam, gdzie trzeba szybko i dużo, ale dusza tkwi jedynie w analogach. Tak uważam.
maj 28, 2010
Reply
Świetny temat, świetne przemyślenia.
Sam osobiście jednak nie widzę do końca tego konfliktu analog/cyfra. A cała reszta jest niezwykle ciekawa i inspirująco-przerażająca.
maj 28, 2010
Reply
Magik, to jest święta prawda co piszesz, inaczej być nie może.
Ale to jest temat na osobne wypracowanie. W moim rozumieniu ta integralność treści i techniki, o której piszesz, dotyka samej istoty sztuki – fotografii czy nie fotografii. Czy ilość krwawicy włożonej w dzieło (technika) plus spostrzeżenie/zachwyt/niechęć/ból itd. które chcę pokazać (treść) wystarczą do stworzenia dzieła? Czy też potrzebny jest jeszcze środek X, który powszechnie nazywa się talentem? Czy może przeciwnie, talent w ogóle nie istnieje i wszystko zależy od techniki i treści? Ech, pytać jest łatwo…!
maj 28, 2010
Reply
Adam, zgadzam się, że trudno jest dzisiaj rozwinąć ten temat, ale mam takie określenie, które dobrze to wyrazi i krótko: są fotografowie, których fotografie mają „wartość dodaną”. Tacy ludzie rzeczywiście muszą znaleźć swoje narzędzie, za pomocą którego będą tą wartość dodawać. I zasadniczo sprowadza się to do używania konkretnych szkieł, materiałów światłoczułych itd. w określony sposób lub techniki cyfrowej jeśli ktoś to potrafi.
Moich parę słów jeszcze, raczej z własnego doświadczenia.
Nie jestem pewny czy w Twoim wpisie chodzi o to co teraz napiszę, mogę się mylić, ale wydaje mi się, że powoli do Ciebie dociera, że nie jesteś w stanie wszystkiego kontrolować w fotografii. Zwolnij z musztry kota i pozwól, że może wyjść coś czego nie przewidziałeś, tak bywa często w tej niezwykłej sztuce fotografii. Malując skontrolujesz każdy szczegół, tu nie. Chociaż doświadczenie, duże doświadczenie, pozwala z góry wiele wiedzieć. Ale to jest tylko i wyłącznie doświadczenie. No więc podejrzewam, że to teoria dusi Twojego kota, to napięcie teorii i wyobraźni na sucho, daj kotu swobodnie podziałać swobodnie, nawet więcej, sprośnie i niegrzecznie, a Ty miej w ręku maszynę, której oko jest takiej budowy jak Twoje własne, którego powieka tak samo się zamyka jak Twoja.
Interakcja to 90% fotografii. Nie rozwijam tematu. To osobowość fotografa. Osobiście uważam, że nie warto udawać głupka tzn. głupszego niż się jest albo szczególnie uprzejmego wobec ludzi. Warto wiedzieć, że są ludzie którzy chętniej niż inni dają się fotografować i tą okoliczność wykorzystać.
Co do talentu sprawa jest prosta: nie spróbujesz nie wiesz. W każdej dziedzinie. Nie ma innej metody.
Na koniec w temacie cyfra-analog mam jeszcze takie spostrzeżenie, że dla uchwycenia zastanego, szczególnego światła osobiście nie widzę na razie niczego prócz analoga MF. Ale światło, kogo dzisiaj ono obchodzi! Nie jestem w stanie odtworzyć takiego światła z RAW (w ogóle oryginalnego światła), nie wiem może ktoś kto potrafi, ja nie, bo nie zapamiętuję wszystkiego po zrobieniu zdjęcia ale zapamiętuję raczej jakiś rodzaj doznania, wrażenia, jakiś hormon, to czego szukałem, więc analog pasuje tu idealnie – od razu mam wszystko, jak w oryginale 1:1. Chodzi o szczególne światło, takie o którym angielskie mięsożerne kelnerki mówią: czy to zdjęcie z Hiszpanii z czasów wojny domowej kiedy jeszcze nad Europą było takie światło? Wychodzi zawsze to światło co trzeba, którego nie wiem jak miałbym odzyskiwać w komputerze. Różnica jest taka: wyobraźmy sobie zdjęcie z baru, niech będzie ta Hiszpania na południu. Cyfra da ci 1) zdjęcie turystyczne 2) zdjęcie tajemnicze baru (jakiś filtr elektroniczny to powoduje), takie, że niby widać to co trzeba, ale tylko widać pozornie, jeszcze jesteś zbyt daleko. Negatyw da ci szansę zaglądnięcia pod spódnicę baru, bo negatyw lepiej oddaje przestrzeń, powietrze i światło. Proste doświadczenie: włosy na wietrze, wystarczy porównać. Myślę, że technologia cyfrowa ma pewne nieuświadomione jeszcze (młoda epoka) ograniczenie – sposób odbierania rzeczywistości przez ludzkie zmysły. Stąd nic nie da dalsze udoskonalanie techniki cyfrowej w fotografii, jeśli obraz będzie powstawał tak jak obecnie: nie bezpośrednio ze światła a za pomocą oprogramowania.
uff mam nadzieję, że inni komentariusze mnie nie zeklną za tak wprost wyrażone „herezje”.
maj 28, 2010
Reply
P.S.
Muszę dodać do wszystkiego co napisałem, że odchodząc od cyfry wiele się traci ale też wiele się zyskuje. To kwestia potrzeb i decyzji, w którą stronę. Żadna nie jest porażką, to są dwie siostry tego samego wzrostu.
maj 28, 2010
Reply
@magik, sorki ale pierniczysz coś z tą „młodą epoką cyfry” może to przez ten piątek i pogodę…:) Myślę, że powinienieś spróbować coś zrobic przystawką z 90mln pikselami- zaglądniesz wtedy pod spódnicę, a nawet głębiej, zapewniam Cię.
Reszta to ideologia :)
maj 28, 2010
Reply
A co ma uczynić kobieta, której zaglądanie pod spódnicę nie interesuje?!
Pozdrawiam męski punkt widzenia.
Dobrze, że wpis pozostanie wpisem, a komentarze jedynie komentarzami.
maj 28, 2010
Reply
P.S. Mam ochotę na moment o zdjęciach coś napisać. Oba bardzo trafnie ilustrują tekst. ‘Siostry’ fragment o cudownych efektach poznania portretowanych przez finalnym efektem w postaci obrazu. ‘Poniedziałkowy ranek’ pokazuje to jaki efekt głębi /moim zdaniem na cyfrze nie do osiągnięcia/ daje klisza. Chyba nie ma co się licytować, bo każda technika przydaje się do czego innego i dobrze, że możemy wybierać.
maj 28, 2010
Reply
Adam, powoli dociera do mnie fala kulminacyjna analogowej powodzi. Pogadajmy jak tłumok z tłumokiem;) Mam kilka pytań, z którymi nie mogę sobie poradzić:
1. „Przesilenie przyszło w lipcu 2009 podczas tak zwanego „Kelby Photo Walk”.
Czy biorąc wtedy udział w imprezie o charakterze – moim zdaniem – rozrywkowym spodziewałeś się czegoś więcej niż rozrywki?
2. „Fotografowanie to barter, handel wymienny. Obie strony muszą coś z tego mieć: fotograf i fotografowany.”
Czy dotyczy to także drzew, chmur, gorsetów Mainbrochera, przestrzeni miejskiej i wiejskiej? A jeśli dotyczy tylko zdjęć ssaków dwunożnych, to czy ssak skaczący przez kałużę na jednym z najsłynniejszych zdjęć HCB brał udział w takiej transakcji?
3. „Wiedziałem, czego szukam, i aparat analogowy na to pozwalał. Szukałem porozumienia z osobą fotografowaną. Takiego kontaktu z człowiekiem, w którym liczymy się ja i on, a udział pośredników jest minimalny. Nadal szukałem rozmowy, ale teraz nie prowadziłem jej po to, żeby zrobić zdjęcie. Rozmowa stała się celem.”
Czy do rozmowy z człowiekiem potrzebny jest aparat ? I to koniecznie analogowy?
maj 28, 2010
Reply
@Hubert
Pozostaję w konwencji takiej jakiej użyłem wyżej, niczego nie zmieniam, całkowicie nie zgadzam się z Tobą, to nie jest ideologia, w żadnym wypadku, to zwyczajne doświadczenie, świadomie zdobyta wiedza. 90mln…no może kiedyś to wypróbuję…ale nie wiem co Tobą powodowało żeby użyć takiego argumentu…
Póki obraz pochodzi z oprogramowania to czy to jest 10 czy 90 mln ma znaczenie dla reklamy na autobusach i dla szalonych fotografów. To jest syndrom niedojrzałej epoki – rozdzielczość – kierunek prowadzący donikąd! Technologia cyfrowa obecna jest prymitywna, niewyobrażalnie prymitywna, z lat 60-70-tych, matryce używane obecnie to produkt najprostszy jaki można sobie wyobrazić, technologia w której obraz jest tworzony de facto nie ze światła pochodzącego od obiektu a z bazy danych procesora, to iluzja optyczna, przy której co pół roku wraz ze zmniejszeniem rozmiaru piksela przez Sony lub zwiększeniem liczby pikseli przez Canona słychać powszechne ACH z ust milionów amatorów, którzy nie mają pojęcia, że na APS-C można umieścić 100mln i więcej pikseli, kiedy Canon daje 18 słychać: po co? za dużo, jakie szumy będą! Oto poziom dzisiejszego fotografa, z którego koledzy w canonie drwią każdego dnia, szczególnie… w piątki po wypłacie…
Ja jednak uważam, że negatyw całkowicie odejdzie, nikt go nie będzie produkował, niestety, ale na razie nie martwię się tym.
Bonus:
Daj mi lepiej metodę na otworzenie oryginalnego światła z RAW.
Daj mi metodę na uzyskanie na obrazie cyfrowym jednocześnie wysokiej rozdzielczości krawędzi i niskiej rozdzielczości takich elementów obrazu jak włosy, paznokcie, rzęsy, brwi, skóra.
Pytanie na skróty: jaki soft to robi? Jakie studio się z tym zajmuje?
Jakieś namiary chętnie zaposiadam.
maj 28, 2010
Reply
Utrwalony negatyw nie jest gładki jak matryca Glare. Jego przekrój to krajobraz górzysty, gęstość całej klatki jest zróżnicowana i to daje ten efekt, którego obecna technologia cyfrowa nie jest jeszcze w stanie imitować, ponieważ obecne matryce nie są w stanie sczytać potrzebnych do takiej imitacji informacji. A niesamowicie malutkie, zwinne fotony przechodząc przez różne gęstości na światłoczuły papier robią swoje. Ale to jest abecadło.
Stawiam tezę, że po wprowadzeniu nowej technologii w fotografii cyfrowej, wszystkie dokonania obecnej technologii zostaną odrzucone poza tymi, które mają walor dokumentalny. Następne pokolenia będą szydzić z tego co sfotografowano pomiędzy 2000 a 2025, oczywiście poza gładkimi fotami z pornola.
maj 28, 2010
Reply
U
Nie zwalczaj mojej obsesji męskiej, jesteś O+ to jest okazja że pokażesz kobiecy punkt widzenia i to wszystko jest dobre. Ja zbok i prosto do celu, Ty ostoja, obserwacja i dwuznaczność – i to wszystko jest dobre. Przecież to chodzi o coś innego, pod spódnicę damom sięgaj wyłącznie cyfrą! bym radził – nie ma jak cyfra na gołą puppa! To fenomenalny do tego wynalazek ktoś wynalazł!
maj 28, 2010
Reply
Magik@ „Daj mi metodę na uzyskanie na obrazie cyfrowym jednocześnie wysokiej rozdzielczości krawędzi i niskiej rozdzielczości takich elementów obrazu jak włosy, paznokcie, rzęsy, brwi, skóra.”
Lightjet?
maj 28, 2010
Reply
Memento-Rozwiązanie problemu (Niech mi wybaczy Rudolf szef ZK)
Za 10-20-30 lat będzie nowa, lepsza technologia cyfrowa w fotografii i co to będzie oznaczać?
Zapamiętajcie wszyscy słowa Magika (ograniczam się do tez, bez dowodzenia):
TAKO RZECZE CYBERNETYKA
Wszystkie fotografie zrobione za pomocą obecnej technologii cyfrowej zostaną odrzucone, ponieważ wtedy szybko ludzie zrobią sobie NOWE zdjęcia panienek, architektury, krajobrazów itd. ZA POMOCĄ NOWEJ TECHNOLOGII.
Zostanie odrzucone dosłownie wszystko co zostanie zrobione pomiędzy 2000-2020 (poza dokumentami), tak jak zostały zepchnięte do lamusa gry komputerowe sprzed 10 lat. Obecne zdjęcia cyfrowe będę ocenione jako płaskie, niedoskonałe, graficzne obrazki. Podobnie jak wtedy kiedy pojawiły się pierwsze aparaty cyfrowe, wtedy wszyscy porównywali obraz cyfrowy do tego z negatywu i dostrzegali jego niedoskonałości. Podobnie będzie to w przyszłości tyle że od drugiej strony. Dzisiaj jesteśmy już przyzwyczajeni do obecnego obrazu cyfrowego, ale on nie przetrwa próby czasu – nowi ludzie w przyszłości, nie przyzwyczajeni do niego, po prostu go zignorują jak my obecnie ignorujemy taśmy magnetyczne.
Aby uniknąć tego odrzucenia należy obecnie nadal fotografować na negatywie, który wprawdzie będzie w przyszłości oceniany jako niedoskonały nośnik ale NIE ZOSTANIE ODRZUCONY jako że nie będzie przestarzałą techniką cyfrową! Kunszt fotografa będzie miał szansę na dostrzeżenie.
Epoka dotychczasowa, fotografii analogowej z jej wielkimi fotografami nadal trwa, nie skończyła się, ponieważ nie zaczęła się prawdziwa epoka fotografii cyfrowej, ona dopiero przed nami, w nowej technologii. Zwróćcie uwagę, że obecnie nie ma wybitnych (bardzo mało) osiągnięć fotograficznych, tak jakby nie było niczego interesującego i typowego dla obecnego czasu w obecnych pokoleniach, a przecież tyle się dzieje, tyle się zmienia! wprost kaskady świetnych zdjęć powinny powstawać. Zamiast tego fotografowie toczą rozważania… ponieważ to epoka przejściowa, z której nic wartościowego nie pozostanie… epoka której symbolem będzie APS-CMOS-drukarka-12/14bit.
Dlatego nie mam wątpliwości co do negatywu i wspieram innych w trzymaniu się nadal tego nośnika.
maj 28, 2010
Reply
acha, no to jeszcze raz:) ( ostatni )
1. „Przesilenie przyszło w lipcu 2009 podczas tak zwanego „Kelby Photo Walk”.
Czy biorąc wtedy udział w imprezie o charakterze – moim zdaniem – rozrywkowym spodziewałeś się czegoś więcej niż rozrywki?
2. „Fotografowanie to barter, handel wymienny. Obie strony muszą coś z tego mieć: fotograf i fotografowany.”
Czy dotyczy to także drzew, chmur, gorsetów Mainbrochera, przestrzeni miejskiej i wiejskiej? A jeśli dotyczy tylko zdjęć ssaków dwunożnych, to czy ssak skaczący przez kałużę na jednym z najsłynniejszych zdjęć HCB brał udział w takiej transakcji?
3. „Wiedziałem, czego szukam, i aparat analogowy na to pozwalał. Szukałem porozumienia z osobą fotografowaną. Takiego kontaktu z człowiekiem, w którym liczymy się ja i on, a udział pośredników jest minimalny. Nadal szukałem rozmowy, ale teraz nie prowadziłem jej po to, żeby zrobić zdjęcie. Rozmowa stała się celem.”
Czy do rozmowy z człowiekiem potrzebny jest aparat ? I to koniecznie analogowy?
maj 28, 2010
Reply
W fotografowaniu jestem zupełnym żółtodziobem, ale na słowie troszkę się znam. I to jest KAWAŁ wyśmienitego tekstu! Oj, lubię tu zaglądać i przekonywać się, że można ładnie, dobrze, ciekawie i dobrym językiem pisać o fotografowaniu. Dziękuję:)
maj 28, 2010
Reply
JAB@ „na słowie troszkę się znam” Trochę zazdroszczę..;)
maj 28, 2010
Reply
@Tomasz
Wiem jak fascynują Cie tzw. rozważania…
Ale ja to widzę tak.
Póki plikiem wyjściowym jest obecny format, technologia lightjet nie jest wykorzystana w pełni. W przyszłości będzie to na pewno podstawowy sposób naświetlania papierów, nie tylko z uwagi na możliwości precyzyjnego odwzorowania szczegółów (no…światło!) ale po prostu nikt nie będzie już drukował zdjęć! Drukowanie to epoka przejściowa, przykład cofnięcia się do prymitywu, wstecz, że też niemal wszyscy o tym zapomnieli. Czy perfekcja naświetlania papieru to jest to samo co odwzorowanie rzeczywistego obiektu na zdjęciu (cyfrowym)? Obecny obraz cyfrowy jest jak obraz przeniesiony wprost na odbitkę analogową, już niestety gotowy – dwa etapy w jednym – takie było tego założenie, założenie tej technologii. I tak to działa. Komputer trochę może go zmodyfikować.
A dlaczego niemal nikt obecnie nie zastanawia się nad prawdziwym NEGATYWEM CYFROWYM przyszłości, wszyscy kupili RAW i nie przychodzi nikomu do głowy coś całkowicie innego, jakiś format bez ingerencji softu przenoszący wszystkie informacje podzielone na odrębne poziomy zapisu (ścieżki), takich wiele warstw każda do zapisu innych danych, z których fotograf będzie dowolnie wybierał w dowolnych proporcjach. To byłaby dopiero technologia! I będzie taka lub jeszcze bardziej wymyślna. Obecna liczy fotony i tworzy płaski, gotowy obraz za pomocą prostego programu graficznego. Obrazy przyszłości będą jakościowo całkowicie inne niż obecne i…podobne raczej do dawnych analogowych, ponieważ wszystko będzie musiało być dostosowane do sposobu w jakim widzą ludzie, niezależnie od tego jak bardzo zaawansowana będzie technologia.
Dlatego nadal warto kontynuować fotografowanie na negatywie byle w formacie większym niż FF. A obecną technologię cyfrową można sobie po prostu darować, tak jak komputery z procesorem jednordzeniowym.
Niezależnie od tego kupię sobie canona 5D kiedy dadzą mu matrycę min 32mln czyli może już niedługo, bo to fajny aparat jest. Do fot a la puppa marina, bo poważna fotografia wychodzi na nim…zbyt poważnie, jak wypieprzona w hucie za pomocą twardej ruskiej sztancy.
maj 28, 2010
Reply
Cóż podałem rozwiązanie wielu dylematów…
Pro publico bono et bona fide.
maj 29, 2010
Reply
mi też, szczególnie w jednym momencie, odebrało mowę: co to jest „napięty jak struna kot”???
maj 29, 2010
Reply
Tomasz:
1. Jeśli ta impreza miała mieć rzeczywiście charakter rozrywkowy, to ja nieco inaczej postrzegam rozrywkę :). Rzecz jasna, nie spodziewałem się, że trafię na klub dyskusyjny teoretyków sztuki fotograficznej. Ale sądziłem, że przejdziemy się, porozmawiamy o zdjęciach, wybierzemy sobie jakiś temat, każdy opracuje go na swój sposób… Uciekłem, bo spacer okazał się spędem karabinierów maszynowych pozbawionych odrobiny przyzwoitości. Wstydziłem się zwyczajnie.
2. Chyba nie wątpisz, że facet skaczący przez kałużę otrzymał od Bressona bardzo wiele? Zyskał przecież nieśmiertelność!
Tak, przedmioty mogą też brać udział w wymianie. Oczywiście, nie dosłownie – wymiana zachodzi wtedy tylko w głowie fotografa i później osób patrzących na zdjęcie. Spójrz na fotografię „Viktoria” z linka podesłanego przez ml powyżej. Snopowiązałka zrobiła swoje, śnieg zrobił swoje, siano leży, a rolnik wkurwia się, bo jak mu ten śnieg stopnieje, to mu siano namoknie. Krótka, najwyżej kilkudniowa sytuacja. Tymczasem ml wziął i nadał temu sianu metaznaczenie – to już nie tylko siano przykryte śniegiem, ale forma graficzna wzbudzająca w oglądającym jakieś wyobrażenie: ktoś zobaczy łby w czapkach, ktoś inny pączki pokryte lukrem, jeszcze inny znak zwycięstwa. Czapki ze śniegu aż świecą, siano wydaje się przybite. może się cholera od tego wszystkiego obali na boki. Można by tak długo. To zdjęcie już zaistniało i sobie żyje swoim życiem, chociaż po sianie pewnie nie ma już śladu. Gdyby zdjęcie było cienkie, siano nic by z tego nie dostało.
3. Nie, do rozmowy nie jest potrzebny aparat. Napisałem tam gdzieś w tekście, że to wszystko ma podłoże głębsze niż fotograficzne. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że fotografia, która zrodziła się z rozmowy ma sens i kontekst, jest częścią tej rozmowy. Niektórzy portreciści nie wyobrażają sobie zrobienia portretu bez osadzenia modela w rozmowie. Facet nad kałużą to zdjęcie cholernie znane, ale niestety nie ze względu na modela; to zdjęcie w rzeczywistości pokazuje fotografa – jego spryt, wyczucie chwili, refleks, zdolność przewidywania. Tu liczy się gość, który nacisnął spust; skaczący został wykorzystany do nadania wartości fotografującemu. Trochę to egoistyczne, ale drobne szalbierstwa wybacza się wielkim. Więc nie, nie o takie fotografie mi chodzi – chodziło mi o te, w których uczestniczymy oboje, i ja i model.
Tekst pisałem jednak z perspektywy fotografii, a nie stosunków międzyludzkich. Gdybym miał napisać coś na blogu psychologicznym (nie, nie potrafiłbym), pewnie nie wspomniałbym nawet o zdjęciach i aparacie.
maj 29, 2010
Reply
Adam
Pomijam zdjęcie ml ale w pkt 2 piszesz właśnie o klasycznej fotografii. Widzę teraz, że obraz cyfrowy rzeczywiście może być dla Ciebie zbyt dosłowny, ujawniający zbyt wprost, sztuczny, przez co niweczący pożądany efekt.
Uważam, że nie jest istotna technika w ogóle, ale ta technika, za pomocą której osiąga się swój cel. Każdy ma inne przeznaczenie. Piszę tak dużo o fotografii analogowej żeby ją trochę podnieść z kolan, pokazać, że to całkowicie aktualna technika, żadna pase, na pewno obecnie, że to nie pase wywoływać kliszę, ale nadal zupełnie uzasadniona technika. Problem zaszumienia a więc dłuższych czasów ekspozycji można rozwiązać. Ograniczenie w ilości prób i zdjęć także nie stanowi problemu dla kogoś kto wie czego chce.
Podejrzewam, że wielu ludzi instynktownie, nieświadomie, odrzuca obraz cyfrowy i mogą oni mieć rację, bo coś w tym obrazie może być nie tak. Nie należy zapominać, że obraz cyfrowy to złudzenie optyczne, np. tricks z ostrością, światłem, i jako tricks są niedoskonałe i pewnym ludziom, po prostu wrażliwym na odbiór obrazu, coś w tym od razu nie pasuje, czyli że ich oko „demaskuje” tricks, choć to jest nieświadome. Być może i ja też tak mogę mieć, a być może spędziłem zbyt dużo czasu przed monitorem, tak na pewno zbyt dużo, aż poza granicę awersji szukając tego co niemożlwie. Człowiek, twórca ma swoją godność, trzeba pilnować granicy pomiędzy tworzeniem a pańszczyzną – w pierwszym przypadku musisz posiadać mentalność wolnego człowieka w drugim niewolnika.
maj 29, 2010
Reply
Jeszcze ciekawe spostrzeżenie.
Matryca cyfrowa pracuje jak oko ludzkie, które zresztą było punktem wyjścia dla matryc. Oko+mózg, matryce +soft. Negatyw więc jest czymś całkowicie oryginalnym, mimo że to dawny wynalazek, to bardzo nowatorski, niespodziewanie oryginalny w porównaniu z mechanizmem czytania światła przez ludzkie oko. Być może więc negatyw będzie z tego powodu nadal, a może nawet już zawsze, tym pożądanym oryginalnym, niepowtarzalnym nośnikiem dającym interesujący obraz. Nie jestem pewny, że tak musi być ale cybernetyka wskazuje na to. Oryginalny + w pełni użyteczny = cenny.
maj 29, 2010
Reply
Adam@, dziękuję za wymianę. Słów :)
Nigdy nie byłem na imprezach, jak ta której krótki opis tutaj dałeś. Podobnie jak różnego rodzaju „bitwy” i inne gonitwy mają one charakter masowych spędów. W czasie kiedy wczoraj pisałem posta, w TV mówiono akurat o bitwach tanecznych. Jeżeli tym błazenadom przyświeca cel inny niż rozrywkowo-obrzędowy to ja go nie jestem w stanie wychwycić. Twój niesmak jestem w stanie zrozumieć, oczekiwań – nie.
Twój tekst przeczytałem z zainteresowaniem, ale transakcyjne podejście do twórczości to ( dla mnie ) metafora-pułapka ( „barter, wymiana handlowa, towary itp” ). Antykwariusz przypomniał mi Orwella, ale nie wiem dlaczego. Ochroniarz nie przypomniał mi.
Wydaje mi się, że problematyka fotograficzna, ta cała analogowo-cyfrowa rekwizytornia jest jedynie pretekstem dla ekspresji płynącej z niefotograficznych źródeł – z wrażliwości estetycznej i niezgody na świat w takim kształcie, w jakim ma on czelność prezentować się poza naszymi zdjęciami. Ja też się nie zgadzam na taki świat ;)
Magikko@ , rozcyfrowałeś analogowo cyberdylematy, masz rację albo jej nie masz, ja tam nie znam się, ale czytałem, że najdroższe zdjęcia na współczesnych aukcjach ( tam gdzie rynek tego typu funkcjonuje ) to wbrew pozorom nie czarno-białe baryty, lecz wydruki Epsona lub odbitki wykonane przez naświetlarki oparte na technologii Lightjet, o której wspominałem już byłem. Tej cyfrowej technologii ( odtwarzającej przy użyciu lasera tradycyjny proces ) używają między innymi Andreas Gursky, Thomas Ruff i wielu innych.
Pozdrawiam i gute Nacht
maj 30, 2010
Reply
Magiku, napisałeś: „Stąd nic nie da dalsze udoskonalanie techniki cyfrowej w fotografii, jeśli obraz będzie powstawał tak jak obecnie: nie bezpośrednio ze światła a za pomocą oprogramowania.” oraz: „Nie należy zapominać, że obraz cyfrowy to złudzenie optyczne, np. tricks z ostrością, światłem,”
Czy mógłbyś dokładniej wyjaśnić te różnice w powstawaniu obrazu cyfrowego i analogowego i napisać dokładniej o co chodzi z tym „trickiem z ostrością i światłem”? Lub jeśli to za długie wyjaśnienia to podać np. jakiś link gdzie byłoby to opisane…
Dla uproszczenia, analizując powstawanie zdjęcia cz-b, to czy jest aż taka różnica między naświetleniem drobinek światłoczułego związku chemicznego, a powstaniem obrazu cyfrowego na zasadzie: 12 fotonów na matrycy=czarny na ekranie, 140=szary, 650=biały? I moje pytanie, chociaż może wyjdę na ignoranta, jest całkowicie poważne. Pozdrawiam.
maj 30, 2010
Reply
jeszcze raz przeczytałem sobie takst p. Adama i wstęp autora bloga. W sumie to nie jest spór na lini cyfra analog ale bardziej o tym, że pewna technika przestała być dla człowieka wystarczająca. Pan Adam podaje również powody dlaczego. I dlatego ten tekst jast taki ciekawy. Każdy z nas odbiera rzeczywistość trochę inaczej więc dlaczego miałbym autorowi zarzucić jego „handel wymienny” skoro tak on to widzi? Pamiętacie jak wchodziło wideo? Wieszczono wtedy koniec kina. Jak powstawała fotografia idę o zakład, że pojawiały się głosy o końcu malarstwa. Jak pojawiła sie fot. cyfrowa przepowiadano upadek fot. analogowej. Ba znam gościa, który przepowiadał koniec kompotów domowych wraz z pojawieniem się napojów Hellena. Dziś jest kino, malarstwo, fotografia na kliszy i kompoty. I tak pewnie zostanie. Jako niezależne instytucje. A swoją wrażliwość można uwiecznić na płótnie, matryczy, kliszy, doesn’t meter. I każdy niech sobie wybierze co chce. Słonecznej niedzieli wszystkim życzę. ml
maj 30, 2010
Reply
wiem dlaczego przestałem fotografować wolę patrzeć i zadowalać się obrazem który przemija w mojej głowi z wiekiem się rozmywa i zmienia .z czasem znika całkiem
maj 30, 2010
Reply
@Magiku
Nie mam zamiaru niczyich obsesji zwalczać, to zupełnie niepotrzebne. Ja się jedynie głośno zastanawiałam nad płciową odmiennością języka;) – dobre jest to, że i tak przesłanie jest jasne – bez różnicy czy kobieta będzie zaglądać do spodni czy mężczyzna pod spódnicę. Ktoś do utrwalenia swoich obserwacji używa cyfry, inny analoga lub zakańcza sprawę na wnikliwym lustrowaniu kadru w głowie i to już mu daje satysfakcję – chodzi o to, że jako fotografujący jesteśmy wzrokowcami.
P.S. Mamy różne opinie w różnych kwestiach i jak dla mnie straszne byłoby, gdyby celem było dojście do jakiegoś wspólnego konsensusu. Nie wróże sromotnego końca za parędziesiąt nawet lat fotografii tradycyjnej, choćby dlatego, że coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę z trwałości zapisanych na płytach plików cyfrowych /część znika po 15 latach,podczas gdy dobra klisza sprzed 100 lat daje wciąż wspaniały obraz/. Poza tym widzę zafascynowanych ciemnią, pracą w formacie 6×6 itp.znajomych, bynajmniej nie w wieku poważnym, a często wręcz odwrotnie.
P.P.S. Zastanawiam się czy mam rację twierdząc, że sesja zdjęciowa Natalii V. z majowego Vogue’a na pewno powstała tradycyjną metodą? prawie nie mam wątpliwości, ale ciekawa jestem Waszej opinii.
http://fashiongonerogue.com/natalia-vodianova-by-peter-lindbergh-vogue-china-may-2010/
maj 30, 2010
Reply
Koledzy i U
napisałem coś co dawno chciałem ale bałem się, napisałem na pewno po to aby to skonfrontować, choćby te „cybernetyczne” wywody, przyznajcie, że paru Was musiały zainteresować, choć nie uważam aby były aż takie odkrywcze. Pisałem in plus o fotografii analogowej aby uzasadnić wybór tej techniki i korzystania z niej bez kompleksów. Nie jestem czymś w rodzaju inkwizycji analogowej.
@Tomasz
Twoje podsumowanie jest trafne i ja się z nim zgadzam: mam rację albo jej nie mam, tak właśnie jest, nic więcej, nie mogę twierdzić, że mam rację.
@Deoos
Powtórzę to:
„Matryca cyfrowa pracuje jak oko ludzkie, które zresztą było punktem wyjścia dla matryc. Oko+mózg, matryce +soft. Negatyw więc jest czymś całkowicie oryginalnym, mimo że to dawny wynalazek, to bardzo nowatorski, niespodziewanie oryginalny w porównaniu z mechanizmem czytania światła przez ludzkie oko. Być może więc negatyw będzie z tego powodu nadal, a może nawet już zawsze, tym pożądanym oryginalnym, niepowtarzalnym nośnikiem dającym interesujący obraz. Nie jestem pewny, że tak musi być ale cybernetyka wskazuje na to. Oryginalny + w pełni użyteczny = cenny.”
W tym sensie nazywam trickiem obraz cyfrowy jako powstały tak samo jak w mózgu, czyli niebędący bezpośrednim odbiciem obiektu a interpretacją. Z czasem sposób postrzegania ludzi może się zmienić np. zmieni się estetyka, mózg i soft uwzględnią tą zmianę, negatyw nie. To mam na myśli.
maj 30, 2010
Reply
U
Ta sesja moim zdaniem jest cyfrowa. Ostrość, cienie wyglądają na cyfrowe, przestrzeń. Jeśli to z negatywu po obróbce to napiszę, że to jest przykład właśnie tego czego nie chciałbym uzyskać na zdjęciu.
maj 30, 2010
Reply
Magik, ale jeżeli za finalny efekt fotografii uznany papierowe zdjęcia to czy tutaj widzisz różnicę między negatywem i obrazem cyfrowym? Jeżeli doszliśmy to tego, że sam proces powstawania obrazu jest bardzo podobny to różnica polega na tym, że negatyw jest fizyczny i finalny, a RAW nie. Ale tak jak negatyw można naświetlić na papier na wiele sposobów tak samo RAW, jeśli zmieni się np soft będzie inny. Ale to przecież tylko jeden z etapów. Finalne jest papierowe zdjęcie, które i tu i tu jest ostateczne.
Oczywiście nie chcę przyrównywać do siebie jednej i drugiej techniki, bo różnic jest bardzo dużo. Po prostu wydaje mi się, że te różnice nie wynikają z samego sposobu powstawania obrazu.
maj 30, 2010
Reply
@Deoos
Wszystko co napisałem wynika z mojego doświadczenia, nie wiem co piszą wielcy świata fotograficznego, kiedyś to czytałem dzisiaj mnie to już nie interesuje. Przerobiłem na własnej skórze wiele rzeczy i tak to sobie poukładałem, dzielę się tym, nie przekonuję. Uważam, że wypadałoby mieć min 40-60mln i pracować nad tym rezygnując w pewnych miejscach zdjęcia z rozdzielczości – ale to taka teoria, ciągle chodzi o ostrość, o oddawanie ostrości. Np. na zdjęciach z APS w ogóle nie widzę takiego czegoś jak ostrość fotograficzna, jest coś co nazywam stemplem od ruskiej ciężkiej sztancy. Ostrość fotograficzna jest subtelna, bardziej subtelna nawet niż jest w rzeczywistości, mało kto o tym wie, mało kto zdaje sobie z tego sprawę, z tego że ostrość jest tak ważnym elementem zdjęcia, nawet jeśli zdjęcie jest lekko poruszone. Natomiast cyfra bliższa jest rzeczywistości, dosłowna. Dlatego negatyw uważam za cudowny wynalazek – jak dobrze, że ludzkość nie zaczynała od razu od matryc cyfrowych – powtórzę, że negatyw jest czymś czego być nie powinno.
Nie toczę krwi z powodu odbitek i wydruków. Po prostu akurat dla mnie negatyw jest idealny pod każdym względem (zawsze jak piszę o f. analogowej to mam na uwadze MF plus bardzo ostre szkło, FF analogowy nie używam, mam C30D).
Zrobiłem kiedyś ćwiczenie, te same ujęcia w dwóch wersjach cyfrowej (HxD) i analogowej i byłem zaskoczony rezultatem, bo spodziewałem się, że efekt będzie podobny, a były to dwie zupełnie inne wersje, a więc nauka dla mnie była taka, że to dwa rodzaje fotografii! I przy tym pozostałem.
Używam jeszcze takiej „zmiennej” – rysunek. To dla mnie integralny element obrazu, tworzący styl. Takie stare podejście, nie wyobrażam sobie braku tej „zmiennej”. I w tym miejscu cyfra całkowicie mnie zawodzi, całkowicie. Rysunek to m.in. ostrość, cyfrowo to jest trick imitujący zmianę ostrości, wymaga to nieraz długiej pracy, z moich doświadczeń widzę to jako „ciosanie” krawędzi bez oczekiwanego efektu (nie przeczę, że są tacy, którzy potrafią robić niezwykłe rzeczy w komputerze, nieosiągalne w analogu, ale nie o to chodzi). Na analogu, mam to bez wysiłku, natychmiast, robi to za mnie szkło.
Z mojego punktu widzenia nie ma problemu naprężonego kota, jest kot zrelaksowany. Dlatego cieszę się, że są jeszcze produkowane negatywy, natomiast nieco frustruje mnie brak tzw. kopiarzy ale są jeszcze koledzy, którzy sami całkiem nieźle to robią, mam nadzieję, że analog odzyska świetność za sprawą młodego pokolenia i rynek się utrzyma. A jeśli nie… to trzeba będzie się dostosować i tyle.
maj 30, 2010
Reply
Dodam, że jak masz opanowany analog, robisz zdjęcia szybko, sprawnie, a na drugi dzień możesz mieć wybitne odbitki wszystkich zdjęć. Nie spotkałem się z takim tempem w cyfrze.
cze 4, 2010
Reply
… moja druga polowa zakomunikowla mi ze „fajny tekst znalazl” … czytam, czytam i tyle analogii z jego zycia „tworczego” … on wlasnie dokupil nowe obiektywy … i pewnie to wszystko teraz odda … „ja tu na daszczu, wilky jakies …”
cze 7, 2010
Reply
Tekst mi się podoba. Fajnie że jeszcze można znaleźć w necie wpisy od serca. Cyfra/Analog ? to jest zupełnie nie ważne Ważniejsze jest to że zmienia się nasze spojrzenie na świat.
Dziękuję autorowi dał mi do myślenia zresztą nie tylko tym tekstem.
cze 7, 2010
Reply
„Analog i cyfra dwie techniki, najlepiej brać z każdej co dla niej najlepsze, nie zastępować jednej drugą” – Ann Druwar-Hall str. 69 „Pamiątka z wakacji na krzaczastych polach Essex” – coś dla U.
nine…dziewięć
ten…dziesięć
eleven…jedenaście
twelve…dwanaście
twelve…dwanaście
twelve…dwanaście
cze 8, 2010
Reply
Zbyt daleko posunięta matematyka, Rudolf jest pewno góra na three… ;)
cze 8, 2010
Reply
Super tekst
dobra dyskusja
a to rzadko sie zdarza w trashnecie
pozdrawiam
dziękuję
cze 8, 2010
Reply
W takim razie przytoczę ciekawostkę: Ann Druwar-Hall w “Patrząc przez kominek na Essex” – 1976 pisze: „Jakże miłe były te chwile kiedy żeśmy patrzyli na Essex przez kominek aparatu lustrzanego nie musząc zrobić zdjęcia, bo nie mając wtedy gorsza przy duszy nie mieliśmy też klisz w aparatach, jednak fotografowaliśmy, jak to nazywaliśmy, do pustej kasety (dosł. for empty box). Jakże to cudowne czasy były.”
cze 17, 2010
Reply
heh, zobaczylem odbitki z Kodaka Portry zony, ktorej niewywolany film przelezal rok na polce. Zwykle, tanie 10×15. Masakra. Jakie kolory :-) Przeczytalem ten tekst. Po poltora roku przygody z cyfra kupilem sredni. Zrobilem pierwsze zdjecie mierzac swiatlo zewnetrzna swiatlomiarka. Bez pospiechu, ostrosc z lupka w kominku. Zrelaksowalem sie.
cze 23, 2010
Reply
Doskonale ujęte przemyślenia w tekście.
Niby aparat to tylko narzędzie, pozwalające realizować wizje autora, jednak typ aparatu (analog/cyfra) także dyktuje autorowi cały sposób podejścia do fotografowania. Era cyfrowa wiele zmieniła w tej dziedzinie – teraz nie słyszy się już o fotografikach, natomiast każdy może się teraz nazwać fotografem, zazwyczaj niestety na wyrost. Zatraciło się chyba w tym wszystkim sedno – jest coraz więcej, łatwiej i możliwie niższym nakładem pracy osoby trzymającej aparat, co nie przekłada się niestety na wartość zdjęć.
Jestem młodą osobą, z fotografią mam już świadomie do czynienia ledwie od kilku lat. Zaczynałem ze względu na środki i łatwą dostępność na aparatach analogowych, jakiś czas temu, jak to mawiają wszyscy ‘przesiadłem się’ na cyfrę.. Po chwilowym zachłyśnięciu się możliwościami technicznymi i późniejszej manipulacji, zacząłem mieć podobne odczucia, co autor, lecz poza tym czułem się nieco okłamywany. Czym? Wszechobecną i przesadzoną manipulacją obrazu, czy faktem, że cyfra ‘wymyśla’ dokładnie 2/3 danych wykonanego zdjęcia (co wynika z podziału składowych kolorów matrycy).. Pewnie, dawniej też istniały techniki fotomontażu w ciemni, ale były zarezerwowane tylko dla ‘obeznanych’ i nie były tak daleko posunięte, jak te, które oglądamy dziś. Analog ma swoją miękkość, większą indywidualność i tą ‘duszę’, a ziarno filmu to nie to samo, co szum współczesnej matrycy. Naświetla się go zupełnie inaczej, niż cyfrowy ‘negatyw’, każda klatka filmu wymaga większego zastanowienia i ułożenia kadru, to trochę jak z obiektywami stałoogniskowymi – poza tym, że oferują lepsze światło i geometrię obrazu, to zmuszają brakiem ‘zooma’ do chodzenia i planowania ujęć. Jak napisano powyżej – zdjęcia dla obcych techniką cyfrową, dla siebie analogowe. Brak tu strzelania na ilość, nerwowego spoglądania na wyświetlacz i późniejszej selekcji na komputerze, jest natomiast kadrowanie w wyobraźni, nawet, gdy nie ma akurat aparatu przy boku. Kupując rolki filmu, czułem się, jakbym miał przed sobą toy nowych, nieprzeczytanych książek – to, czy będą dobre i ciekawe, zależało już tylko ode mnie.. Po naświetleniu filmów w sposób odpowiadający zamierzeniu, a przed oddaniem do labu/zaniesieniem do ciemni, pojawiało się pozytywne napięcie, podobne do odczuć dziecka oczekującego na rozpakowanie wigilijnych prezentów.
Zauważyłem, że im większy format, tym jednocześnie (poza oczywistą mniejszą ilością klatek na jednej rolce) większe premedytacja w jego użyciu. Wiadomo – im większy nasz nakład, tym wymaga naszych większych starań.
Robienie zdjęć musi mieć cel, którym nie jest tylko uzyskanie obrazu – dobrze też nawiązywać opisany przez autora dialog i tworzyć historię otrzymywania tych zdjęć – wtedy na pewno zapamiętamy każde bądź większość z nich, i nie będą już to tysiące anonimowych plików zrzuconych w pośpiechu na dysk, do późniejszego usunięcia większości z nich. Cyfrowo też się da, często nawet trzeba, jednak dobrze czasem umieć i wziąć do ręki analogowy aparat, zwłaszcza w swoich osobistych realizacjach – to zupełnie inna kultura.
cze 23, 2010
Reply
Naciągane, z całym szacunkiem. Fotografować można _wszystkim_ czym się da. Cyfrą też! A tutaj czytam znowu echa nonsensownej ekwilibrystyki, która każe czytającemu uwierzyć – że fotki z kliszy mają „klimat” bo aparaty na klisze mają „dusze” ..a cyfra to plastik i cyfra to „wymyśla” to zdjęcie .. a KLISZA to przepraszam co? Jakie masz przeniesienie kontrastu na kliszy a jakie na papierze – mądraliński jeden z drugim? :> Róbcie te swoje zdjęcia..ale niekoniecznie zabierajcie się za pisanie podobnych bzdur.. potem ludzie w to wierzą i uważają fotografujących analogami za jakichś a) wariatów b) lanserów (bo to trendy) c) ekscentryków .. a ja jestem takim samym normalnym człowiekiem jak ten co ma cyfrę czy ten co w ogóle nie fotografuje!! Co to za idiotyczny pomysł że aparat na kliszę niby otwiera jakąś metawrażliwość i dziewiąte wrota niewiadomoczego ..a reszta to untermensche czekający sobie gdzieś w czyśccu na łaskę tych od klisz… :] No tak to wygląda..
lip 5, 2010
Reply
Ty Hobbes zawsze jak cos powiesz to jak kula w plot. Przez ostatnie 10 lat ktos sie bardziej zestarzal :-P Napisz co Ty myslisz a nie czepiasz tego co mysli ktos inny. Chocbys nazwal to nie wiadomo jak wielkimi bzdurami i idiotyzmami. Ma do tego prawo. O internetowy omnibusie :-)
lip 6, 2010
Reply
Ciekawy tekst (nie, nie twierdzę tak tylko dlatego, że mam podobne odczucia ;)) i inspirujący blog. Cieszę się, że tu trafiłam.
lip 13, 2010
Reply
wzruszylem sie. tak juz mam , ze czasem sie wzruszam, oczy sie zaszkla zupelnie nie wiem czemu. Moze to z tesknoty to spokojniejszego swiata, gdzie ludzie maja czas porozmawiac i maja ochote posluchac co ten drugi chce powiedziec. wspanialy artkul, nie tylko o fotografii. tak, mysle, ze sama droga moze byc celem, droga ktora przejdzie sie dobrze i ciekawie. fot5ografuje cyfra, i pewnie dalej tak bedzie, ale napewno inaczej bede czul to moje focenie. Dziekuje Ci za ten artykul,
bywaj zdrow
lip 20, 2010
Reply
Witam. Może i miłośnicy cyfry nie wierzą w wyższość papieru ( PAPIERU nie pokrytego polietylenem, inaczej FB) fotograficznego ( papier + srebro + selen jak lubisz), ale dla oka przyzwyczajonego do TEJ czerni i TEJ bieli, i TEGO kontrastu, ” cyfra” może być tylko brudnopisem. Fotografia na potrzeby poligrafii to coś zupełnie innego. I jeszcze o technice: ziarno, kontrast, zabawa różnymi wywoływaczami itd itd, to dla kogoś, kto nad tym panuje narzędzie nie do podrobienia na komputerze. To, co oglądamy na ekranie komputera tych różnic nie oddaje. Ale to tak, jakby opowiadać o obrazach Rembrandta na podstawie ich reprodukcji. Dopiero, gdy ujrzy się z bliska grubą warstwę farby napakowanej na płótno, uświadamiamy sobie w jakiej żyliśmy nieświadomości.
A kolor w fotografii? Póki co Ilford-Chrom ( dawne Ciba-Chrom) jest nie do przeskoczenia. Powód jest obiektywny: chemia barwników.
Podobnie jak autora tekstu – felietonik świetny, dobrze się czyta – mnie również do cyfry zniechęcają jej „możliwości”. Rodzi się tego taka ilość, że nie wiadomo, co z tym zrobić. Opowiadanie, że z tej sieczki wybierze się coś dobrego można między bajki włożyć. Zawiodłem się. Może dlatego, że nie robię fotek tenisistkom. To, co się porusza ( dzieci, żony, teściowa na spacerze) uwieczniam cyfrowo, ale inaczej: Kupiłem „wideo” i to jest rozwiązanie. Jeśli już technika, to po co zatrzymywać się w pół drogi. Ale to już nie ten portal.
I jeszcze raz o technice: robię powiększenia 50×60 cm z negatywu 6×6, a wszystko dzięki reklamie technologii cyfrowej w fotografii. Mam od roku w swojej ciemni profesjonalne graty, o których kilka lat temu mógłbym tylko pomarzyć; tak to wszystko staniało.
Magikowi z Bombaju, który tu nieźle namieszał rozważaniami z teorii, daję pod rozwagę zdanie następujące:
fizjologia wzroku ( działanie oka, nerwu wzrokowego, tej części kory mózgowej, która odpowiada za analizę obrazu) odpowiada o wiele bardziej działaniu aparatu cyfrowego niż tzw analogowego w zakresie rozdzielczości obrazu, jest natomiast odpowiednikiem procesu analogowego w zakresie odczytywania barwy i natężenia światła. Po co o ty wspominam? Otóż ma to konsekwencje przy dużych powiększeniach z cyfry:
konieczna jest interpolacja danych, inaczej oko wychwytuje „plamy” o takim samych natężeniu barwy.
Tak więc Panowie! Trzymajmy się negatywów.
sie 25, 2010
Reply
szacun
wrz 1, 2010
Reply
@Sej – to co myślę napisałem – Nie podoba Ci się.. wolna wola :) A jak masz coś do mnie to wiesz jak mnie znaleźć – po cóż śmiecić Rudolfowi.
paź 23, 2010
Reply
Jest mi obojetnym czym fotografuję. Dla mnie liczy się obraz, a ową metafizykę da się uzyskać na wiele sposobów, to kwestia zastanego obrazu, to on decyduje o wrażeniu. Może przy analogu trzeba być bardziej uważnym ze względu na ilość miejsca?
Istnieje też inne wytłumaczenie. My jesteśmy związani z analogami podświadomie, przez przyjemności z dzieciństwa, przez czas powstania naszych pierwszych zdjęć? To mózg nam dyktuje co widzimy. Może psychicznie nie jesteśmy gotowi na cyfrę?
Osobiście lubię ten smaczek jaki daje połączenie analogowych obiektywów (mam jeszcze takie) z nowoczesną lustrzanką.
lut 1, 2012
Reply
Ktoś chętny na 5d mark II?
Bo sprzedaje, poważnie.