poniedziałek
Czarno-białe, Kadrowane w kwadrat, Plenery fotograficzne, Wokół ludziPo co mi dwa aparaty?
Przyzwyczajenie jest podstępne i bardzo trudne do zwalczenia. Ba! Czasem trudno jest nawet dojść do wniosku, że chce się je zwalczać!
No więc przyzwyczaiłem się do siebie samego – do mojej maniery robienia zdjęć, do efektów i tak dalej, i tak dalej. A to potrafi prowadzić do degrengolady, wobec której protestuję.
Spróbowałem się więc zresetować i oto jestem, po zrobieniu pierwszego „terapeutycznego” filmu. Muszę przyznać, że pomagają mi dwie rzeczy: pomysły spisane i do tej pory odkładane oraz… moje dwa aparaty.
Tak, wiem: gadek o sprzęcie jest w sieci mnóstwo i sam miewam tego serdecznie dość. Ale naprawdę, cieszę się, że w pewnym momencie w moim domu pojawiła się mała prostokątna Bessa z szerokim kątem, którą tak sobie upodobał Roderyk. Otóż biorąc ją przy wielu okazjach „na miasto”, nieświadomie zacząłem wyrabiać w sobie coraz mocniejsze upodobanie do… kwadratowej formy! Dodatkowo, bardzo szeroki kąt wręcz wyzwolił we mnie pragnienie użycia czegoś bardziej umiarkowanego, stonowanego, nie tak bardzo „krzykliwego”.
I wyobraźcie sobie to wspaniałe uczucie, gdy wreszcie wziąłem plecak i zacząłem wyruszać w teren – wyposażony w aparat z kominkiem (jak Bóg przykazał) śriednioformatowe TriXy i obiektyw standardowy!
Było wspaniale – po pierwsze zwiedziłem małą wioskę, gdzie garść wesołych „dziewczyn” w wieku mojej babki zaczepiła mnie, gdy robiłem im zdjęcie, jak wracały ławą z drewnianego kościółka zajmując całą szerokość jezdni, po drugie wybrałem się znowu na nocny plenerek i po trzecie – razem z połową rodziny i aparatem w ręku trafiłem do uroczego miejsca, gdzie spotkałem Maję.
A wszystko piękniejsze dzięki temu, że pozwoliłem sobie na urozmaicenie „warsztatu”.
Muszę przyznać, że nie lubię skrajności: wiem, że są tacy, którzy rzucają się na „nowe” techniki czy aparaty dosłownie z miesiąca na miesiąc; znam również tych, co twierdzą, że na opanowanie jednego narzędzia fotograf winien poświęcić przynajmniej kilkanaście lat! Ale niech mnie licho, jeśli nie jest wspaniałym rozwiązaniem posiadanie dwóch całkiem różnych aparatów właśnie po to, żeby co jakiś czas zrobić sobie terapeutyczny „skok w bok”!
;)
Póki co, chcę Was zapoznać ze wspomnianą Mają – dziewczynką, którą odwiedziłem w przeddzień jej Pierwszej Komunii. Liczę, że kiedyś uda mi się – po zebraniu trochę większej ilości materiału – pokazać nieco więcej z miejsca, gdzie ją spotkałem.
Jak widać zdjęcie posiada „defekt”, ale niech mnie kulę biją, jeśli mi się to nie podoba!
Post Tags: degrengolada, Maja, szeroki kąt, terapia, wioska
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (88)
- Co zrobić? (86)


maj 11, 2010
Reply
i jest rower w kadrze :D
maj 11, 2010
Reply
Cię choroba; palec boży tak szybko? :) pozazdrościć …
w kontekście Komunii św jak najbardziej:)
maj 11, 2010
Reply
A nie masz absurdalnego uczucia, że aparaty na półce / w pudełku piszczą z tęsknoty za użyciem? Mam przez to wyrzuty sumienia.
A jak wezmę dwa w plener? Jak któregoś nie użyję, czuję się jakbym skłamał bliskiej osobie…
maj 11, 2010
Reply
@Robert: daj spokój, czasem trzeba jednemu dać prztyczka w nos.
A co, aparat Tobie nigdy nie dał takiego prztyczka?
maj 12, 2010
Reply
a ja się zastanawiam po co mi 9 aparatów.
maj 12, 2010
Reply
rbit9n, myślę, że do udzielenia odpowiedzi na to pytanie, warto zrobić sobie wykres przedstawiający ilość posiadanych aparatów w funkcji czasu, skorelować z ilością wykonywanych w danym czasie zdjęć (to już byłby 3 wymiar wykresu) i przeprowadzić analizę, czyli wyznaczyć maksima i minima dobroci oraz ogólnej szczęśliwości.
maj 12, 2010
Reply
Do każdego rodzaju fotografowania każdy bierze najlepiej mu pasujący sprzęt. Nie chcę wypowiadać się akurat o sprzęcie Rudolfa ale sam wolę mieć dwa, trzy aparaty ze stałymi obiektywami pod ręką niż wymieniać obiektywy, tak bym się do tego odniósł. Natomiast przeciwnie do Rudolfa wszystkie moje aparaty „widzą” podobnie, a wymagam od nich jakości optyki i wygody użytkowania. Moje podejście jest praktyczne: MF na statyw, lekki MF do ręki, i automatyczny FF. Obiektywy według starej szkoły: standard a jak za mało miejsca to lekko szerzej i portretowy odp. 100mm FF. Jak widać nadal preferuję negatyw i MF z ostrym szkłem, co daje obraz nadal nieosiągalny w technice cyfrowej (mam na myśli wszystkie cechy obrazu, nie tylko np. szum). Dopóki to nie będzie trącić myszką na pewno będę wierny technice analogowej. Jeden aparat MF analogowy daje większe możliwości robienia różnorodnych estetycznie zdjęć niż jeden aparat cyfrowy, poprzez dobór negatywu i techniki wywołania. Sądzę, że po to aby uzyskać tą różnorodność ci, którzy fotografują sprzętem cyfrowym, posiadają większą ilość aparatów. Technika cyfrowa nie pozwala uzyskiwać unikalnego rysowania, zdjęcie cyfrowe zawsze nosi znamię konkretnego softu.
maj 14, 2010
Reply
Mam prośbę (nie w temacie posta) do Was wszystkich fotograficznie mniej lub bardziej zorientowanych , potrzebuję zdobyć informacje o p. Zofii Rydet, a konkretnie związanych z wystawą pt. „Mały człowiek” z lat 60.(w warszwskiej galerii Krzywe Koło)i albumem pod tym samym tytułem (wydawnictwa Arkady).
Jeśli ktoś z Was mógłby mi pomóc będę bardzo wdzięczna. Chodzi mi głównie o książki, artykuły lub inne publikacje. Sam album posiadam.
Pozdrawiam i dziękuję z góry.
maj 14, 2010
Reply
Btw, to logo Z-K, przypomina egipskiego kapłana :) fajne..
maj 14, 2010
Reply
Ula, nie sądzę, żeby była jakaś jedna pozycja o ” małym człowieku” , ale mogę się mylić. Sporo pisała o niej Czartoryska i inni jej przyjaciele z legendarnego Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego. Były jakieś prace zbiorowe, na pewno znajdziesz w sieci namiary.
maj 20, 2010
Reply
zatrważające wieści z okolic Sandomierza, woda wszędzie… mam nadzieję, że słynny dom-aparat Rafy ma się dobrze!
maj 21, 2010
Reply
Moje osobiste refleksje w temacie doprowadziły mnie do kilku aparatów i perspektywy wizyty u psychiatry. Tak że jesteś na dobrej drodze:P
maj 23, 2010
Reply
Rudolf, żesz naser-mater naciśnij tą migawkę!
maj 23, 2010
Reply
Robię, robię, Magik :)
Ale właśnie wróciłem z pleneru bez ani jednej klatki zrobionej :/
Więc nie jest lekko ;)
maj 23, 2010
Reply
Może trzeba zorganizować jakąś czasówkę, jak w grach komputerowych – określony czas na przejechanie etapu. Co kwadrans migawka będzie automatycznie się wyzwalała, niezależnie od okoliczności. Wtedy Rudolf wszystko poświęci znalezieniu właściwego tematu w ciągu tych 15 minut ;)
maj 23, 2010
Reply
Rudolf całkiem możliwe, że przechodzisz mutację w swoim fotografowaniu. Polega to na tym, że po tej przemianie jakbyś zaczynał… od początku. Jak każdy kto nie chce odpuścić rozwija się, czy chce czy nie, tak bym to widział. Jeśli się nie mylę, a oczywiście mogę, zmierzysz się z wyzwaniem i zaczniesz robić tak jakbyś siebie o to nie podejrzewał albo będziesz kurczowo trzymał się tego co już wypracowałeś. Na mój nose masz większy potencjał niż dotąd pokazałeś na swoich zdjęciach. Musisz sobie zaufać i … zaryzykować. Chyba, że trafiam tym jak kulą w płot, ale przynajmniej miałem szlachetny zamiar. Znam ból wykluwania się, zaraz przed wykluciem, i to jest też warunkiem wyklucia, musisz się zdecydować czy idziesz w nieznane.
maj 23, 2010
Reply
Jos
Łysy, brodaty, jakobby skromny i latający za rudymi laskami, z którymi wsuwa spacy żarcie – to urodzony sybaryta! Do swojej koncepcji musisz jeszcze dodać ze dwie asystentki, wielce inspirujące, przywieźć na plener czarniawego kucharza, wydłużyć czas z 15 do 150 minut, nie może to być automat, bo Rudolf kocha ten dźwięk, sam musi nacisnąć. Jeszcze cholera wie czy to oryginalny Rudolf, może to Roderyk, a cholera wie co takiemu może przyjść do głowy, mówię Ci trudna sprawa.