poniedziałek
Gdy jest nas więcej niż dwóch…
Jeździłem ostatnio podczas burzy motocyklem. Whoooa, jak to mówią; niebywałe doświadczenie! Ciemna noc, pustawe drogi, deszcze, burza, pioruny i leżące drzewa. Masakra! Oczywiście co chwila zatrzymywałem się pod jakimś dachem – a to stacji, a to motelu, żeby w ogóle przeżyć tę wariacką jazdę.
Chciałem jednak ponarzekać na coś więcej niż to, że w pewnych sytuacjach nie potrafię zrobić fotografii, mimo, że wokół pełno jest niecodziennych widoków, tak jak w tej podróży.
Moja dysfunkcja psychiczna polegająca na pojawieniu się więcej niż jednej osobowości powoduje, że pierwszy ja wyciąga chętniej (ostatnio) aparat i pstryka zdjęcie, a drugi ja – po wywołaniu i rzuceniu okiem na efekty – nie ma ochoty nawet patrzeć na wynik (a co dopiero skanować). Trzeci ja planuje jakieś duże przedsięwzięcia fotograficzne (jak to się mówi: projekty), a czwarty ja wraca czasem do Bessy Roderyka. Piąty ja planuje z tęsknotą zakup nowych albumów, a szósty nawet nie chce zbliżać się do książek fotograficznych.
I jakoś to tak właśnie leci.
Ja wiem, że sam sobie tego piwa nawarzyłem. Ale jak, do licha, mam z powrotem skonsolidować te osobowości? ;)