niedziela
Śladami Emsiego
Berlin zawsze był dla mnie najbardziej niesamowitym miejscem na świecie. Być może z tego prostego powodu, że przeżyłem tam drugie (niestety oryginalna relacja zaginęła w wyniku awarii serwera w roku 2003) co do swojej majestatyczności przeżycie mistyczne. Pierwsze miało miejsce w Warszawie w bardzo ekstremalnych okolicznościach ale nie będę się tu teraz o tym rozpisywał. Drugie, związane z Berlinem, wróciło do mnie z siłą wodospadu gdy tylko Rudolf napisał o tym nieortodoksyjnym mieście. Piszę o tym wszystkim, żeby naświetlić negatyw na którym zarysuje się zaraz mrożąca krew w żyłach historia Rudolfa.
Wszystko zaczęło się w okolicach Zoo Garden. Rudolf planował właśnie rozpocząć nowy etap swojej kariery fotograficznej. Po błyskotliwym Starcie, kiedy doszedł w swym artystycznym hobby do punktu, w którym wydawało się że osiągnął już bardzo wiele, no w każdym razie bardzo wiele jak na prostego chłopca znad Pilicy, odczuł nagle, że jego rozwój nieoczekiwanie przyhamował. Nie była to oczywiście prawda. W każdym razie nie tak zwana prawda obiektywna, poszukiwana przez niezliczone rzesze dziennikarzy i historyków rozwodzących się nad sprawami wagi co najmniej państwowej. Rzekome spowolnienie w rozwoju miało charakter zupełnie subiektywny, jednak było na tyle silne że pchnęło Rudolfa w zupełnie nowym kierunku. W kierunku fotografii ulicznej.
„Ach….”, westchnął w myślach Rudolf na samą myśl o tym, co go czeka w przestworzach streetowego oceanu. Czuł się jak Vasco da Gama, jak Krzysztof Kolumb… no może nie do końca, bo Kolumb ryzykował życiem, Rudolf zaś ryzykował co najwyżej swą reputacją. Z resztą, nie przez przypadek wybrał Berlin, nikt bowiem go tu nie znał, no a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie wiedział jednak, że dokładnie siedem lat wcześniej, w dokładnie tym samym miejscu, dokładnie tak samo myślał Emsi, któremu w dodatku się wydawało, że nigdy wcześniej w Berlinie nie był[1]. Continue…