wtorek
Miesiąc Fotografii w Krakowie 2009 – relacja
Żydowskie okolice, koszerne jedzenie, korzenny sernik i mnóstwo fotografii – nie tylko oglądanej przecież, ale też trochę robionej, łapanej zarówno ukradkiem, jak i wykreowanej i z pełną premedytacją planowanej.
Jednak siedzę tu teraz, przed niedużą białą klawiaturą po to, by przede wszystkim napisać o wystawach.Wystawach, zdjęciach i wrażeniach, jakie na mnie zrobiły – wszystko po to, by sprostać oczekiwaniom niemoralnej, wściekłej i pełnej żądzy krwi tłuszczy; wszystkich tych, którzy uwielbiają nurzać się w odmętach do przesady szczerej krytyki. ;)
Kurtyna, akcja!
Kawiarenka Krakowska, dwoje młodych (ale bez przesady) ludzi siedzi naprzeciwko siebie, jedząc deser. Wokół rozchodzą się zapachy, jest piękny majowy dzień.
– Witkacy. Pierwsza wystawa. Płatna, goddamnit! Ale niech tam, chyba było warto. Portrety. Właściwie autoportrety.– No dobra, czy ten koleś był aż tak narcystyczny?
– Gówno nie narcystyczny. Nie zauważyłaś tego? Owszem, to pierwsze nasuwające się pytanie po rzucie okiem na pierwsze zdjęcia. Pytanie, które milknie chwilę po tym, jak do widza dochodzi fakt, że ten człowiek… on po prostu czuł magię fotografii całym sobą!
– A zauważyli państwo — zagadnął z głupia frant kelner – że tam były zdjęcia, które były jakby… nieostre, poruszone? Czy to przypadkiem, czy on nie umiał robić zdjęć?
– Umiał doskonale robić zdjęcia — mruknął siedzący brodacz przeżuwając kęs sernika — a te, o którym był pan łaskaw się wyrazić, to były portrety, w których ta „nieostrość” dała specyficzny błysk w oku. Widziałaś to? — zwrócił się do partnerki naprzeciwko stolika.
– Nie.
– A widzisz. Tak jakby przez te oczy dusza wyłaziła, rozumiesz?
– …
– Nieważne. Mi się podobało. Continue…
