wtorek
Pobaw się światłem
Często patrzę na zdjęcia, gdzie fotograf bierze „do ręki” oświetlenie sztuczne i – ustawiwszy wszystko przykładnie za pomocą asystenta – robi wspaniałe, wielkie zdjęcie. Niestety wiele razy widziałem fotografie, na których obleśnie oczywistym jest, że zostały użyte lampy. Nie wnikam, czy to, że widać użycie światła sztucznego jest zamierzone czy nie – bo owszem, potrafię zrozumieć sytuacje, gdy trzeba dać do zrozumienia o tym, że obok stała lampa czy nawet osiem lamp.
Ale! Jest dla mnie niesłychanym mistrzowstwem zrobić zdjęcie, gdzie za pomocą lamp wyczarowuje się światło tak złudnie podobne do naturalnego, tak delikatne i tak wyraziste jednocześnie, że ma się wrażenie czuć promienie słoneczne.
Pokażę dziś coś, co wprawia mnie w pewien dyskomfort psychiczny. To zdjęcie jest typowym wytworem profesjonalisty. Patrząc na jego inne zdjęcia wiem, że opanował warsztat. Widzę też (mój umysł mi mówi) że tutaj użył sztucznego światła. Jednocześnie rodzaj tego światła, jego rozmieszenie w całym kadrze, na butach, spodniach, na włosach i fortepianie – to wszystko odbieram tak, jakby tylko i wyłącznie słońce – odpowiednio ukierunkowane – miało nadawać temu obrazowi charakter.
Powiedzcie mi proszę: dlaczego mam wrażenie, że nikt z was nie potrafiłby powtórzyć tego rodzaju oświetlenia? Czy jednak może ktoś podniesie rzuconą rękawicę?
Autorem jest Mark Seliger, a jeśli ktoś potrafi zrobić podobnie dobrze oświetloną fotografię, to zapraszam – chętnię poznam takiego światłmistrza.
