środa
Bicykle, panika i ratunek
Rok temu spytałem: „Warto fotografować przejeżdżającego rowerzystę?”
No i się wkręciłem w tych rowerzystów. Właściwie to Wasza wina, to Wy mnie wkręciliście.
I pomyśleć, że większości z Was nie widziałem w życiu na oczy!
Tak czy siak – kupiłem sobie rower. Bicykl. Po to, żeby lepiej się zintegrować ze środowiskiem cyklistów i być bardziej mobilnym, jeżdżąc po wioskach i miastach. Okazuje się, że ów rower uratował mi tyłek, co najmniej raz. A było tak:
Dzień mijał mi leniwie. Włóczyłem się tu i ówdzie, bo – wyobraźcie sobie – akurat cały dzień mogłem poświęcić na włóczenie fotograficzne. Więc się włóczyłem, a co!
Po południu pędziłem na rowerku w sobie tylko wiadomym kierunku, gdy nagle zobaczyłem specyficzny obrazek: robotnicy cięli i układali kostkę brukową. Dla zwykłego śmiertelnika nie byłoby w tym nic dziwnego – ale nie dla mnie. Poczułem lekki uścisk w dołku, w mózgu zaskoczyła jakaś zapadka, a we krwi pojawił się porządny zastrzyk adrenaliny: kurz z ciętej kostki w połączeniu z popołudniowym słońcem ewidentnie tworzył tło do kadru. Czułem, że muszę zrobić zdjęcie.
Przyhamowałem przy słupie ogłoszeniowym i zeskoczyłem z roweru. Pomierzyłem światło i rzuciwszy okiem wokół siebie naszykowałem aparat, w szerokim obiektywie ustawiwszy odpowiednią przysłonę oraz czas, i… zaczaiłem się czekając – niczym myśliwy – na ofiarę. Continue…