wtorek
Black & White: resurrection
Rudolf pisał kiedyś o tym, jakoby nieracjonalnym byłoby poświęcać czas i uwagę konwersji fotografii kolorowej na czarno-białą. Albo inaczej: że niby cyfrówki powinny być również produkowane w wersji B&W (z odpowiednią matrycą).
Zastanowiło mnie to wtedy, ale temat musiał chyba jakoś dojrzeć, bo dopiero ostatnio dotarło do mnie coś, co chyba niektórzy przeoczyli. Otóż fotografia czarno-biała żyje i ma się wciąż dobrze – a wręcz przeżywa swoisty renesans. A to za sprawą nowej sztuki: sztuki konwersji.
Zauważam więc zdjęcia, czarno-białe (a jakże), które sprawiają mi radość odbioru. A które okazują się być wynikiem wielu godzin poświęconych krzywym, lokalnym kontrastom i innym tajemniczym pojęciom, o których powie wam autor, jeśli odpowiednio cierpliwie będziecie go pytać o to, jak dana fotografia powstała.
I wiecie, co sobie myślę? Że żaden z Was, ohydnych ortodoksyjnych analogowców (włączając w to samego Rudolfa, który zapewne chciałby być tym mianem określany) nie potrafiłby zrobić takiej odbitki:
