wtorek
Felietony gościnne, Polecane, Zdjęcia koloroweStare jest znowu młodym – 180 w fotografii
Dzisiejszy wpis, autorstwa Kirka Tucka, dedykuję tym, którzy profesjonalnie zajmują się fotografią.
Myślę, że wart pokazania jest pogląd człowieka który robi zawodowo fotografię od dziesiątków lat, i nie stracił w pędzie za nowinkami technicznymi zdrowego rozsądku. Tym bardziej, że żyje w kraju, gdzie pęd technologiczny jest silniejszy niż gdzie indziej.
Oryginał możecie obejrzeć na blogu Kirka, The Visual Science Lab.
Napisane pierwotnie dla www.prophotoresource.com w 2007.
Rozmawiałem ostatnio z kilkorgiem znajomych z tak zwanych kreatywnych środowisk, i mam wrażenie, że jesteśmy na skraju tektonicznego przesunięcia w czasie. A fakt tego przesunięcia dotyka ludzi w wielu obszarach praktycznie w jednej chwili. Pisarze wracają do żółtych notatników lub małych, skórzanych dzienników by szkicować w nich następne filmy, powieści, treści reklam czy inne dzieła. Pióra wieczne są znowu zaliczane do rzeczy o klasę bardziej sexy niż najnowsze laptopy. Moi znajomi dizajnerzy używają grubych grafitowych ołówków i zeszytów Bienfanga by kreślić małe ikonki – na prawdziwym papierze!Niedawno dyrektor artystyczny prestiżowej agencji reklamowej tłumaczył mi, skąd bierze się fakt ich cofania się i robienia szkiców projektowych dla międzynarodowych klientów w starym stylu. Wychodzi na to, że łatwiej jest sprzedać mniej dosłowny podgląd robiony nie do końca precyzyjną ludzką ręką, niż wymuskaną komputerową grafikę, do której przecież tak się przyzwyczailiśmy przez ostatnie dziesięciolecie. Na dodatek wszystkiego, agencja wcale nie widzi nic złego w prezentowaniu nie tej fotografii, którą podrzucili wcześniej w szkicu projektowym.
Zasięgnąwszy opinii ulubionej designerki zaskoczyło mnie nieco to, co usłyszałem. „To zwyczajnie szybsze i łatwiejsze” – mówi – „przerzucić moje pomysły prosto na papier. No i mniej sterylne. Jak pracuję przy komputerze, czuję w pewien sposób, że maszyna wchodzi mi w drogę. Presety w jakiś sposób cię sobie podporządkowują. A ekran sprawia, że i tak filtrujesz to, co widzisz, by wyobrazić sobie jak to będzie wyglądać na papierze. Projektowanie bezpośrednio na papierze sprawia, że czuję, że to jest to!”
Całe to uwstecznianie w innych dziedzinach sztuki odzwierciedla się w tym, co słyszę coraz częściej od fotografów. Byliśmy tacy rozentuzjazmowani słysząc obietnice cyfrowej „darmowości”, że dalej to już gładko połknęliśmy haczyk. Patrząc wstecz, zrobiliśmy jedną z głupszych rzeczy, jakie można zrobić w tym biznesie. Odeszliśmy od dojrzałego, powtarzalnego i solidnego systemu robienia zdjeć dającego wyborną jakość (i który dla wielu oznaczał wydatki na całą techniczną otoczkę, które nawet zdążyły się zamortyzować) na rzecz nowego, dającego tylko jedną zaletę: Możemy zrobić wszystko, co do tej pory, szybciej niż kiedykolwiek dotąd!
Oczywiście jestem tak samo winny wejścia w nowy system, jak każdy inny. Umoczyłem dziesiątki tysięcy dolarów na cyfrowe aparaty, które stały się „przestarzałe” w ciągu osiemnastu miesięcy. Spędziłem lata przelewając litry atramentu w rosnącą kolekcję „profesjonalnych” drukarek Epsona, i teraz, w 2007 potrafię podzielić się dwoma spostrzeżeniami na temat cyfrowego druku: 1. Nie ma porównania do tradycyjnych odbitek fotograficznych robionych samodzielnie; 2. Wydałem ogrom kasy na „czyszczenie” głowic, zamiast na robienie zdjęć. A do tych dwóch punktów dodałbym jeszcze, że wysiedziałem zbyt dużo cennych godzin na tyłku przed komputerem zamiast czerpać z tego, co robię, dobrą zabawę.
W sumie to jestem bardziej winny niż ktokolwiek inny, bo właśnie skończyłem książkę przekonującą ludzi do pozbycia się starego, ciężkiego i antycznego sprzętu oświetleniowego na rzecz małych i lekkich nowoczesnych lamp. Nieważne, że klienci oglądając moje portfolio wybierają te zdjęcia, które ustrzeliłem średnim formatem świecąc wielkimi lampami Profoto i proszą o zrobienie „czegoś w tym stylu”. W pewnym momencie wychodzi na to, że to wszystko robimy tak naprawdę dla siebie, zamiast dla klientów.
Posłuchajcie tego: Raz w miesiącu umawiam się z przyjaciółmi na lunch. Zwykle coś meksykańskiego. Jestem jedynym fotografem w tym gronie. Mike jest dyrektorem kreatywnym z trzydziestoletnim stażem, Greg to dyrektor artystyczny z jakimiś dwudziestoma latami doświadczenia a Roy jest designerem zbierającym nagrody od czasów Kodaka Double X (czasy lat 70-tych, dla tych, z ery post-analogowej).
Wspomniałem, że przymierzam się do kupna nowego Nikona D3, i każdy z nich rzucił mi spojrzenie wściekłego psa. Nie, raczej zmartwionego rodzica. Nie – raczej wysoce zirytowanego przyjaciela. „Pliki, które już dziś dostaję, są o niebo za duże niż potrzeba!” powiedział Mike. Wspomniałem o czystszym, lepszym kolorze. „Jak tylko puścisz to w CMYKu na papier, i tak nie zobaczysz różnicy” zagrzmiał Roy. „Do diabła”, zamruczał Greg tuż przed wgryzieniem się w enchiladas, „Marnujesz tylko swoje pieniądze. Nikt przecież nigdy nie zatrudniał cię dla tego, co masz w torbie. Wybierają ciebie na podstawie tego, co widzą w portfolio. Kupujesz ten sprzęt tylko po to, by się zasłonić przed wyjściem i pokazaniem swoich prac!”
Wyrzuciłem im wszystkie argumenty, które można przeczytać na webie. Niskie szumy przy wysokim ISO, niesłychaną wierność kolorów, ilość klatek na sekundę, i tak dalej. Wyśmiali mnie. „Jesteś twórcą, kompozytorem. Tworzysz bliskie relacje z ludźmi. To jest twoja praca. Aparat nie ma znaczenia”. Przeżuwając to, co powiedzieli, usłyszałem Mike’a (swoją drogą nagrodzonego przez AIGA tego roku): „Poza tym, w ciągu ostatnich siedmiu lat nie widziałem nic lepszego od tych twoich prostych, czarno-białych portretów robionych Hasselbladem. Uwielbiam kwadrat. I zachwyca mnie, jak głębia ostrości ucieka zostawiając skupienie obserwatora na oczach modela. I tak naprawdę nigdy nie widziałem dobrej konwersji z cyfrowego na czarno-białe”.
Moje całe misternie skonstruowane zaplecze argumentowe dotyczące cyfrowej fotografii legło w gruzach. Byłem skołowany i skonfundowany. Zadzwoniłem więc do fotografa, którego cenię od lat. Znacie pewnie takich. To fotograf, który jest tak dobry w tym, co robi i robi to z takim wyczuciem, że zatrudniłbyś go w mgnieniu oka, gdybyś był dyrektorem artystycznym, czy kupującym porządną sztukę. Dla mnie kimś takim jest Wyatt McSpadden, z Austin. Chciałem wiedzieć, jak Wyatt poradził sobie z przejściem na cyfrę.
„Cyfrę??? Rozmawiasz z człowiekiem, który wystrzelił 180 średnioformatowych rolek w ciągu ostatnich dwóch tygodni!” wykrzyczał (tak naprawdę nie krzyczał, ale tak to odebrałem). Ma cyfrową lustrzankę, ale używa jej tylko dla tych, których (i tu troszkę sparafrazuję): „g…. obchodzi twój styl. Oni chcą gotowy plik, na wczoraj. Chcę, by klient mnie wybierał dla mojego stylu. Spędziłem nad tym dwadzieścia lat i nie zamierzam teraz od nowa wynajdować koła tylko dlatego, że jakiś koleś musi sprzedać swoje nowe aparaty. Robię na filmach, więc mogę wciąż używać światła i szkieł, których kocham. To sprawia, że fotografia działa. Tu nie idzie o medium, tylko o sposób, w jaki światło jest na tym medium rejestrowane. A jeśli medium nie jest istotne, wybieram film. W ten sposób nie martwię się tymi sprawami wokół backupów, a skupiam się na robieniu lepiej wyglądających zdjęć.”
Nie byłem do końca przekonany, ale niedawno przeczytałem książkę Seliny Maitreya „How to Succeed in Commerical Photography” i składałem akurat nowe portfolio do pokazania. W miarę przeglądania zdjęć zszokował mnie fakt, że to, co chciałem najbardziej pokazać, i co było moim ulubionym kawałkiem fotografii, zrobiłem przed rokiem 2000. Każdy z kadrów był ujęty Hasselbladem albo Rolleiem. Stykówki były czytelne, negatywy łatwe do zeskanowania, a odbitki, które zamówiłem od lokalnego Costco (używając ich profili, bez modyfikacji) były o niebo lepsze od moich prób z Epsonem 4000, mimo niższych o 2/3 cen.
Nigdy nie polubiłem ani nie potrafiłem zaakceptować kadrowania w prostokącie, które jest standardem w większości cyfrowych lustrzanek i jakoś nie czułem też, że potrafiłbym wytłumaczyć sobie wydanie 20 000 USD tylko po to, by wstąpić do klubu posiadaczy cyfrowego średniego formatu. Wtedy właśnie moja „oh-tak-mądrą” małżonka Belinda zasugerowała, bym porzucił ten „binarny sposób myślenia”, który wydaje się być wbudowany w wielu obecnie pracujących zawodowców-fotografów. Postanowiliśmy dopasować najlepszy i najnowszy system do pracy, którą robimy. Wszystko albo nic. D3, 1DS MkIII albo nic.
Rzeczywistość pokazała, jak Belinda zauważyła, że mogę robić zdjęcia czymkolwiek. Mogę przystosować rozwiązanie do rodzaju pracy. Aparat do wizji. Nie muszę mieć jednego uber-aparatu do wszystkiego. Delikatnie szturchając, wypchała mnie za drzwi, bym spróbował również dać szansę staremu sposobowi, kupując parę rolek średnioformatowego Tri-Xa. MójTyBoże! Całkiem zapomniałem jak świetne są te aparaty! Jak jasny i szczegółowy jest kominek – i ta magia szkieł Zeissa przy F/4 czy F/5,6.
Więc dokąd zabrnąłem? No więc jeśli strzelam na zlecenie jakieś nieruchomości z pokładu helikoptera, oczywistym jest, że Nikon D2xs będzie faworytem do tej roboty. Zdaje sobie też sprawę z tego, że Fuji S5 i Nikon 18-200 VR świetnie się sprawdzają przy strzelaniu w biurach jakiejś korporacji przy 800ISO dla klienta, który chciał pokazać zastane światło i atmosferę pracy. Ale z równą pewnością mogę powiedzieć, że mój Rollei 6008 z portretowym obiektywem 150mm i paczką TriXów jest dokładnie tym, co zalecił lekarz przy eksperymentalnych portretach, które zamiaruję zrobić. I nie oddałbym w życiu mojej Mamiyi 645e, z którą chodzę po ulicach strzelając kolejne kadry na Provii 100f.
Co zyskaliśmy przez fotografię cyfrową?
- Możemy wszystko robić szybciej.
- Od razu widzimy, co wyszło.
- Klient nie musi płacić za film i wołanie, więc teoretycznie więcej kasy idzie do naszej kieszeni.
- Możemy fotografować w naprawdę ciężkich warunkach oświetleniowych dzięki dostępnym wysokim ISO.
- Prawdopodobnie łatwiej jest zrobić świetne zdjęcie teraz niż kiedykolwiek wcześniej.
Co straciliśmy oddając swoją fotografię w ręce krzemu?
- Możemy wszystko robić szybciej. A przynajmniej tak to wygląda. Cały proces fotografowania idzie szybciej, ale obciążenie po drugiej stronie rośnie wykładniczo, a klienci rzadko widzą godziny poświęcone korekcji koloru, retuszowaniu czy archiwizowaniu tych zdjęć. A jak nie widzą, to nie chcą za to płacić. To z kolei sprawia, że nasze ceny są trudne do przełknięcia. Co kiedyś zajęło dzień na oświetlenie i fotografowanie, dziś zajmuje pół dnia na robienie zdjęć, a następne pół na post-processing. To wciąż jest cały dzień pracy, tyle, że połowa z tego przestaje być widoczna dla tego, który płaci. Osobiście preferowałem oddawać materiały do labu, by robili za mnie czarną robotę, ale że wykształciliśmy klienta, że wszystko robimy sami, musieliśmy się przebranżowić na operatorów labów. Straciliśmy wolny czas. Straciliśmy możliwość polegania na wysokiej klasy specjalistach, by podnieść efekt naszej pracy do najwyższego poziomu. Ale wykształciliśmy też taki tryb pracy, który jest uciążliwy.
- O rany! Mogę spojrzeć na ekranik z tyłu aparatu i zaraz będę wiedział, czy strzeliłem fotkę życia! Albo fotografowanie z przyłączonym aparatem do komputera – teraz wraz z dyrektorem artystycznym możemy we właściwym momencie, wiedząc, że kadr zadziałał, przerwać i robić następne ujęcie. To naprawdę jest do kitu. W czasach filmu, przed natychmiastowym zakończeniem zlecenia strzelaliśmy i strzelaliśmy. Nie żeby marnować film, ale by badać możliwości. Często te najlepsze zdjęcia robiło się już po pewnej ilości ujęć. Ostatnie kadry, często robione dla zabawy, owocowały odprężeniem modela i naturalną pozą. Mam pomysł, żeby te małe ekraniki cyfrówek użyć jako Polaroidów, do sprawdzenia oświetlenia czy kompozycji, po to, by zaraz szybko te małe diabelstwa wyłączyć, i nie dać się ich magicznemu przyciąganiu omotać. Wiele można powiedzieć o czymś, czego jeszcze nie widzieliśmy.
- Klienci myślą, że fotografia cyfrowa jest darmowa. Nie jest to problem sam z siebie, ale to podejście zmieniło model ekonomiczny profesjonalnej fotografii i walczymy z nieprzewidzianymi konsekwencjami od ostatnich 7 do 10 lat. Jeśli klient myśli, że wszystko jest darmowe, to kto płaci za roczne postępy technologii cyfrowych?
- Straciliśmy wiele dobrego porzucając film. Kiedy się robi zdjęcie średnim formatem, z obiektywem portretowym, łatwo jest uzyskać poza głębią ostrości wspaniały kontrast między ostrym a rozmytym. Cyfrówki z mniejszą (fizycznie) matrycą nie potrafią tego zrobić. Wielu wypracowało różne obejścia tego problemu, z technikami fotoszopowymi typu gaussian blur, ale obraz nie wygląda wtedy tak samo. Straciliśmy te ogromne połacie wizjerów, straciliśmy wspaniałą tonalność i niesamowite zróżnicowanie tonalne czarno-białych filmów typu Tri-X czy Plus-X (i wiedz, że jesteś albo kłamcą, albo ślepcem, jeśli twierdzisz, że możesz to zasymulować odpowiednią konwersją z cyfrówki). I te wszystkie małe, ale ważne drobnostki, które przekładały się na komfort pracy, takie jak ty, twój klient i facet od kolorów przyglądający się razem klatce średniego lub wielkiego formatu slajdu na podświetlarce. Ten model stworzył uniwersalny standard koloru, zamiast podsycać wyścigi o to który monitor jest lepiej skalibrowany (co można obserwować przez ostatnią dekadę).
I na koniec – kto z nas wszystkich nie odczuł rosnącego tyłka czy bólu kręgosłupa od siedzienia godzinami przed komputerem?
Wiem, że nie wsadzimy Pandory z powrotem do puszki, ale przynajmniej powinniśmy przyznać, że scyfrowienie nie jest, ani nie będzie ostatnim słowem w fotografii. Sugeruję wręcz, by po przeczytaniu tego artykułu znaleźć najbliższy sklep z zakurzonymi półkami rolek średnioformatowych filmów, odnaleźć i przeczyścić swoje Hasselblady, Rolleie czy Mamiye i porobić zdjęcia tak, jak to się robiło dziesiątki lat temu. Potem zeskanować ulubioną klatkę i porównać z najlepszą robioną cyfrówką.
Istnieją szanse, że znajdziemy jakieś obszary naszej profesji, gdzie z powrotem można użyć technologii analogowych. Być może jest to pomysł na to, by stworzyć produkt „z wysokiej półki” w waszej ofercie. Być może pojawią się następne konsekwencje tej nieprzewidzianej acz romantycznej decyzji: klienci mogą zacząć traktować was bardziej jak artystę, mniej jak technika. Okaże się, że zapełnicie niszę, wyróżniając się jednocześnie od każdego innego pana Wieśka, Staszka czy Pani Marioli z Canonem 300D. Okazać się może, że laby ewoluowały i świadczą usługi skupione wokół filmu taniej i efektywniej niż dotąd. I może się okazać, że użyte narzędzie ma wpływ na to, jak widzicie świat.
Oto jak my to robimy: W studiu używam czarno-białego negatywu ISO400 w Rolleiu 6008. Do kontroli ekspozycji mam albo Polaroida, albo starego Nikona D2x. Zrobione rolki dajemy do specjalistycznego labu do wołania i skanowania. Skany wrzucamy na smugmug.com, gdzie możemy pokazać je klientom. Klient wybiera jedną klatkę, a lab potem według naszych wskazówek robi prawdziwą wymaskowaną i wycyzelowaną odbitkę na barycie. Film sam w sobie jest backupem! Spróbujcie. To jest niesamowicie łatwe i zajmuje tyle czasu, co wrzucenie zdjęć do galerii. Na zdjęcia wraca się po 30 minutach. Nigdy więcej ślęczenia przy monitorze – ktoś to może zrobić za nas, zarówno jeśli chodzi o skanowanie czy korektę koloru.
Wybaczcie zrzędzenie, ale wreszcie zauważyłem od czego odeszliśmy porzucając film. I miło mi uświadomić sobie, że nie musimy być przykuci do jednego sposobu robienia pewnych rzeczy, porzucając wszystko inne. Czasami film rządzi, a czasami cyfra. I jest absolutnie wspaniałym mieć obydwie technologie.
Tłumaczenie powstało na potrzeby ZawszeKwadratu w maju 2009. Dziękuję autorowi za podzielenie się tekstem z polskimi czytelnikami.
Post Tags: drukarka, kadrowanie, Kirk Tuck, papier, technologia, uwstecznianie
Wpisy powiązane
Related Post
Popularne
- Prezenty i gratisy od Zawsze Kwadratu (157)
- Wciąż można znaleźć samorodki (107)
- Biznes wg Mistrzów (99)
- Co złego - to nie my! (88)
- Co zrobić? (86)


maj 5, 2009
Reply
Genialne podsumowanie!
Od siebie dodam, że do hobbystycznego cięcia kosztów robię prawie wyłącznie na cyfrze – ale ekranik mam wyłączony, i wcale mnie nie kusi, by od razu po kilku klatkach wrzucić podgląd. Zostało mi po manualu. :) Ale jednak możliwość zrobienia setek zdjęć, z automatycznym zapisem parametrów, daje olbrzymie możliwości testowania różnych ustawień – jestem za leniwy, by sobie to zapisywać na karteczkach.
Kirk pisze jeszcze o Zeissach – i ma rację, a ja mam przyjemność z faktu, że moja „cyfra” doskonale współpracuje z moimi stareńkimi Zeissami, „full manual” z podziałką hiperfokalnej. Mmm, poezja…
Brakuje czasem rozpiętości tonalnej – ale nad tym też można zapanować machając podręcznym światłem gdzie trzeba.
Mógłbym tak długo, ale… „jest absolutnie wspaniałym mieć obydwie technologie”.
maj 6, 2009
Reply
Świetny tekst!
maj 6, 2009
Reply
Świetny tekst. Właśnie siedzę na nudnej konferencji i to co przeczytałem niesamowicie mnie zrelaksowało i poprawiło humor :-)
maj 6, 2009
Reply
powiem otwarcie: byłem pierwszy ;) z tymi wnioskami i dlatego 27 marca podjąłem brzemienną w skutkach decyzję ;) wymieniłem moją cyfrową puszkę na analogową :) bardzo się cieszę z tej decyzji!
nie mówię że cyfra jest zła [ bo w wielu wypadkach jest nawet lepsza ] lub że mając analoga zrobię lepsze zdjecia bo nie ;-) ale wiążę się z tym pewien styl życia i bycia..nie lepszy tylko inny…wolniejszy…a mi sie nie spieszy nigdy…
maj 6, 2009
Reply
Może to dziwne ale prawdziwe – kiedy robie zdjecia na filmie i do tego starym kominkowcem fotografowany bardziej skupia sie na fotografie, fotograf bardziej skupia sie na fotografowanym. Wspłpracuje nazwijmy to efektywniej i poważniej. Może podstawową sprawą jest to, że ciągle nie wytrąca się z pewnej relacji-stanu, która zawsze istnieje (jak pogoda) pomiedzy fotografem a modelem na co chwilowe pokaż pokaż. Czuje, że fotograf patrzy caly czas na niego, że jest „Jedyny” w tej sytuacji, a nie fotograf robi przerwy, żeby sprawdzic co tam „wyszło” i nie musi czytac z mimiki fotografa rozczarowania „że wciąż dupa i jeszcze tego nie mam”. Nie zobaczy się na ekraniku i nie pomysli sobie, że wyszedł brzydko albo smiesznie przez co nie zepnie sie tak bardzo, że ugotuje i siebie i nas. Zauważyłem że przy cyfrze fotografowany słyszac latajacą migawke często mowi- dobra coś Pan z tego wybierze. Przy filmie nigdy czegos takeigo nie słyszałem. Modelowi zaczyna zależec bo czuje (nie ważne czy własciwe to odczucie czy nie bo jak to skategoryzować), że to może coś wiecej, może dletego ,że jest… szukam słowa… bardziej romantyczne… taki fotograf na film. Nie tak dawno jeden z moich modeli, fotografowany prawie codziennie „znany aktor” kiedy zobaczył kominkowca i jak ładuje do niego szeroką rolkę przewijajac ją palcem do strzalki z napisem START powiedział… „No Panie widzę, że to nie żarty… Aż sie stremowałem. Na rozluznienie proponuje lampkę dobrego koniaku…”
A cyfra? Robi ładne i kolorowe zdjecia. Żartowałem. Velvia robi kolorowsze.
Dobrego
leweoko
maj 7, 2009
Reply
Pocieszające dla mnie osobiście jest to, że coraz więcej fotografów myśli o analogu, może Kodak, Fuji czy Ilford nie upadną, ani nie zaczną produkować opon. Z niecierpliwością czekam na kontrrewolucję analogową.
maj 8, 2009
Reply
Witam :)
jestem szczesliwym posiadaczem yasi124 jak i mamiyki RB cos tam :)
bardzo lubie fotografowac wlasnie Y bo akurat jest w miare lekka, prosta i ma bardzo fajna matowke – a ja jestem lekko slepy. Posiadam rowniez pentaxa k10d i co ja moge powiedziec? to maszyna bez duszy i od razu widac roznice…
dlatego nabylem skaner do sredniego, jako,ze jestem totalnym antytaletem ciemniowym (;)) i to co widze na skanie to po zyleta! ide sie ogolic :)
I klatki sie bardziej szanuje…
maj 11, 2009
Reply
Jeźdźcom z aparatem na szyi pod rozwagę.
Fotografia analogowa jest szybsza, wygodniejsza (od zwolnienia mogawki do wysuszenia papieru) i daje lepszą jakość zdjęć (na ścianie). W praktyce kolejne próby druku cyfrowego trwają w nieskończoność a i tak nie dają w pełni satysfakcjonujących wydruków. Paradoksalnie proces zrobienia dobrej fotografii analogowej jest szybszy od procesu cyfrowego.
Poza tym fotograf nie jest grafikiem komputerowym – ślęczenie nad 1 zdjęciem wystawowym 10-20 godzin to jakaś pomyłka. I jeszcze jedno, bardzo istotne – w fotografii analogowej to na pewno fotograf robi zdjęcie – w cyfrowej istnieje podejrzenie, że to grafik przy obróbce pliku RAW „zrobił zdjęcie”. Innymi słowy na kliszy fotografuje się to co się widzi, z RAWów trzeba dopiero wyciągnąć to co było – a właściwie to co było wtedy na planie? Oto całe oszustwo fotografii cyfrowej – tu nie jest istotne co naprawdę było na planie ale żeby coś w ogóle było, coś co stanie się dopiero podstawą do „wyciągnięcia” na jaw wszystkich elementów zdjęcia. Ale skąd wiadomo po kilku godzinach czy dniach, jaka była dokładnie ta scena, którą zapisano cyfrowo? Fotografia cyfrowa w RAWach to nie jest fotografia, ale rejestrowanie matryc do opracowania. Dlatego zdjęcia z Rolleiflex’ów są takie piękne i autentyczne. Lepiej zrobić zdjęcie na lichej kliszy niż na 1DsIII, ponieważ to niezwykłość zdjęcia a nie jego jakość techniczna tu decyduje. A propos jakości technicznej – ta nieznośna jakość amatorskich zapisów cyfrowych jakiś przedmiotów, architektury, czy koleżanek jest wszystkim już świetnie znana – i co z tego, że to wszystko takie równe i ładne. Albo te efekty wizualne, które w PS i Lightroom’ie tak łatwo uzyskać – a właściwie po co? Żeby jakaś stara ławka nabrała jakiegoś fajnego wyrazu? Tak więc albo fotografia albo manipulowanie obrazem (grafika komputerowa).
Bardzo istotna i silnie wpływająca na zdjęcie jest świadomość fotografa, że zwalniając migawkę na kliszy uzyskał już gotowe zdjęcie – na cyfrze wie, że dopiero będzie musiał je zrobić w komputerze. Na koniec ten argument, że na LCD widać zdjęcie. Na LCD jest… obrazek, o którym nic poza tym, że jest ostry, powiedzieć nie można. Autentyczny fotograf po zwolnieniu migawki wie, czy zdjęcie jest, podkreślam JEST a nie, że będzie dobre. Kto tego nie potrafii powinien wziąć się za literaturę albo po prostu dorosnąć. Jeśli fotograf zrobił zdjęcie na kliszy wie, że JEST ono dobre. Jeśli na cyfrze, jedynie przypuszcza, że powinno być dobre.
Ostatecznie więc, fotografia analogowa jest łatwiejsza technicznie i daje lepsze artystycznie efekty.
Ostatecznie zdjęcie na ścianie mówi samo za siebie. Założyłem, że ten bog nie jest poświęcony fotografii reporterskiej ani reklamowej, dla których cyfra jest świetnym wynalazkiem.
P.S.
Chyba każdy już zdążył zauważyć, że łatwiej jest wziąć ołówek i naszkicować coś na papierze niż otworzyć komputer i myszką lub piórem elektronicznym mazać po ekranie.
maj 11, 2009
Reply
Wreszcie mnie ktoś utwierdził w moich przekonaniach :-)
Zgadzam się z poprzednikiem. Analogowo po prostu się wie czy już wyszło, czy potrzeba jeszcze dwóch trzech klatek.
maj 12, 2009
Reply
Rudolfie, ten temat mozna by bylo ubrac w 10 tys. sukienek. Kluczowa sprawa jest niepokoj, ktory sie rodzi przy pracy z analogiem. Czy wszystko poszlo zgodnie z tym co widzialem w kominku? A widzialem tam rzeczy przeciez przepotwornie pieknej klasy. Cyfre wymyslono, zeby nie bylo niepokoju. Ja to widze tak: analog (w moim przypadku kwadratowy hassan) do slow drive. Czyli poznajemy czlowieka. Mapujemy jego twarz, sylwetke, dusze i jej radosci oraz niepokoje. Pozwalamy aby kadry z tej mieszanki narodzily sie same w wyobrazni. Jak juz beda zbyt natarczywie chcialy przychodzic na swiat (to smiganie w podbrzuszu) to umawiamy sie z modelem/ka i z drzeniem serca przystepujemy do uwieczniania. Swojego MK2 chwale bardzo do komercji na juz i wczoraj oraz za mozliwosc krecenia pieknych klipow z moja coreczka w roli glownej ;). Suma sumarum. Dwa aparaty i ani grama wiecej. Ten drugi to cyfra. Ps. moze chcialbys popatrzyc znow na swego distagona przy kawie?
maj 12, 2009
Reply
Nino Rhaarnoord dorzuca swój komentarz.
Zanim coś napiszę o fotografii analogowej i cyfrowej kilka uwag podstawowych.
Fotografią rządzą tylko dwie zasady: 1) światło robi fotografię 2) kompozycja robi fotografię. Kompozycja jest zrozumiała dla wszystkich, ale światło nie. Kto nie potrafi rozpoznawać szeregu rodzajów światła i wykorzystywać konkretne światło na wiele sposobów ten nie zrobi dobrego zdjęcia. Ta umiejętnosć jest wrodzona i niestety tylko nieliczni robią dobre zdjęcia choć bardzo wielu posługuje się aparatem. To uwaga na wstępie dla tych co nie wiedzą dlaczego nic im nie wychodzi a także dla tych co stawiają pierwszy krok w fotografii i wskazanie im prawidłowego kierunku. Kto tych dwóch zasad nie przestrzega nigdy nie zrobi dobrego zdjęcia. Nie ma co próbować obalać tą prawdę. Trzeba po prostu się do tych zasad stosować zawsze za każdym razem. To podstawowe kryterium selekcji w fotografii.
Dalej. Fotograf to ten kto kieruje wizjer na objekt i wciska spust mogawki. Nic więcej. Wykonywanie odbitki lub wydruku to zupełnie inna praca. Fotograf to twórca-rzemieślnik a ten kto robi odbitki lub wydruki to producent-rzemieślnik. Dlatego wielu znakomitych fotografów stwierdza, że to czym się fotografuje nie ma znaczenia. To czym zostało zdjęcie zrobione i jakość zdjęcia jest istotna wyłącznie dla producenta odbitek. Warto ten podział sobie dobrze przemyśleć i stwierdzić czy aby się nie jest producentem zamiast fotografem. To drugie kryterium selekcji w fotografii.
Trzecie kryterium – talent. Są tego 3 rodzaje. 1 talent wybitny – ktoś łatwo i szybko robi to, co ktoś inny musi robić w trudem i np. wiele dni. 2 talent rzeczywisty – do wykonania pracy potrzeba tutaj pewnego trudu, są popełniane błędy ale ostatecznie w rozsądnym czasie kończy się pracę z oczekiwanym efektem. 3 talent fikcyjny – tutaj pracuje się długo z wielkim trudem w męczarniach ale efekt można uzyskać zadowalający nawet bardzo dobry. Jak widać na każdym poziomie można uzuskać efekt satysfakcjonujący. Ale… w praktyce nie warto, jeśli nie jest się rzeczywiście lub wibitnie utalentowanym w dziedzinie fotografii, zabierać się za robienie zdjęć. po prostu koszt takiej działalności jest tak duży, że cała działalność jest w praktyce (czas, ograniczenia biologiczne) niewykonalna. Dlatego jest tak wielu amatorów, hobbystów.
I teraz przechodzę do fotografii analogowej i cyfowej. Ale… czy ta kwestia ma w tym miejscu jakieś znaczenie? Tak ma. Dla producentów i hobbystów. Dla fotografów nie. Oni to mają w dużym poważaniu. Drogi adepcie fotografii sam sobie rzetelnie odpowiedz kim jesteś.
Komentarz ten napisałem na pochwałę fotografii.
maj 14, 2009
Reply
Znak czasów. Nie dziwi mnie to co przeczytałem. To nie przesunięcie tektoniczne, a raczej zapadlisko powstałe poprzez zbytnie nagromadzenie osadu na powierzchni. W głębi zawsze istniała szczelina tolerancji dla „nowego”. Teraz górne warstwy nie wytrzymały i powstała depresja. Po prostu ludzie dziś zbyt mocno są atakowani na każdym kroku nowoczesnością. Świat staje się coraz szybszy i coraz bardziej głośny. Jedyna metoda ucieczki i ratowania skołatanych nerwów to regres. Stąd agroturystyka (współczesna odmiana chłopomanii nowopolskiej), „chłopskie jadło”, działy z artykułami do „hendmejdu” w Empikach oraz wspomniane w tekście żółte notatniki. Człowiek czuje że coś traci w pogoni za nowoczesnością. Przystaje więc i robi krok wstecz. Jednak nie po to by to odzyskać, bo to już jest niemożliwe (ile dni wytrzyma Kowalski bez telefonu komórkowego?), lecz aby dowiedzieć się czym owo „coś” było. Ot, taka sentymentalna archeologia.
maj 14, 2009
Reply
@Jacek Gąsiorowski: masz go jeszcze?
Z chęcią popatrzę jak się sprawuje ;)
(odezwij się plz na maila)
@zszafy: nie wiem, czy to tylko sentyment. Według mnie to ma swoje mocne uzasadnienie (nie emocjonalne, a racjonalne) – używanie notatników zamiast komputerów… Tylko nie zawsze, do czego zresztą doszedł na końcu autor. :)
maj 14, 2009
Reply
Jasne, Rudolfie, ze nie tylko sentyment sprawia że poddajemy się takiemu „wstecznictwu”. Jednak to zmęczenie postępem pozwala nam w pełni docenić racjonalne powody dla stosowania starych, sprawdzonych technik i technologii. Ci sami ludzie z agencji, którzy dziś szkicują na żółtym papierze, w czasach boomu informatycznego pierwsi wyrzucali przez okno szkicowniki i notesy. Dziś okres rewolucyjnych nowinek mamy za sobą i postęp nie jest tak ekscytujący jak jeszcze dziesięć lat temu. Zaczyna więc się nudzić i ludzie znowu zauważają powody dla których warto powrócić do dawnych sposobów.
maj 14, 2009
Reply
Najlepsze w tym wszytskim jest to, że do analogów wracają nie tylko doświadczeni, wieloletni fotografowie, ale młodzi, wychowani na technologii i cyfrach ludzie, którzy dostrzegają w nich duszę…
maj 15, 2009
Reply
Jako agent fotografii analogowej przyszedłem tu by siać ferment.
tak samo jak w muzyce popularny stał się mp3 a dobrego brzmienia szuka się na winylu, tak samo będzie w fotografii. to co popularne będzie cyfrowe to co dobre analogowe. stoimy już u progu tej zmiany, wielu już tak uważa, ale panuje jakaś poprwaność polityczna i oni boją się mówić o tym głośno. zgadzam się, że młodzi ludzie, dla których technika cyfrowa to coś zwyczajnego, szukają po prostu tego co dobre. dlatego oni pierwsi zaczną o tym mówić wprost bez obaw.
ja też szukałem tego co dobre. nie miałem ambicji. będąc nikim, za pomocą aparatu i fotografii, nie dążyłem do tego, aby stać się kimś – aby mnie podziwiano no i abym zrobił karierę i zdobył pieniądze. po prostu zauważyłem, że jestem wielkim artystą, z nikim nie konsultuję swoich dzieł, sam wiem czy są dobre czy nie, nikogo o nic nie pytałem. uznałem, że potrzebuję budować te obrazy i fotografować je. stać mnie na dobry sprzęt fotgraficzny i posiadałem bardzo drogi aparat cyfrowy canona oraz naturalnie kilka szkieł. miałem w ręku kilka innych lustrzanek cyfrowych, fotografowałem z użyciem przystawek do średniego formatu. nie jestem zawodowym fotografem, nic nie muszę, robię co chcę i jak chcę, sam wszystko oceniam i mam w nosie opinię tzw. większości. jedno na pewno mogę powiedzieć. nigdy nie podniecało mnie to, że trzymam w ręku świetny drogi cyfrowy aparat. jestem chłodny do bólu. interesowało mnie tylko jedno – wydruki. fotografia na monitorze? wystarczy najtańsza, najprostsza lustrzanka cyfrowa. na monitorze oglądam jedynie zdjęcia gołych dziewic, choć częściej ogladam je w realu. co do wydruków. w 3 studiach profesjonalnych fotograficznych zrobiono pliki i wydruki niemal takie same. to jest już standard w fotografii cyfrowej – wszystko wygląda technicznie tak samo. jako zimny drań stwierdziłem, że mi się to nie podoba, że wszystko jest jakby z „jednej fabryki”. usiadłem sam do komputera i wyszło inaczej, ale była to niestety imitacja oczekiwanego przeze mnie obrazu, taka wariacja na temat oryginału a nie oryginał. pomijam stronę techniczną wydruków – liczne próby zanim wyjdzie coś sensownego ale i tak ten wydruk jest namiastką prawdziwej odbitki. no i ta super jakość obrazu cyfrowego – nie do zniesienia.
fotografia wyzwala u odbiorcy doznania estetyczne. i tyle. żadnej filozofii na temat techniki. czasami bardzo dobra fotografia pobudza wyobraźnię odbiorcy – widzi on jakiś obraz a jego wyobraźnia idzie dalej poza kadr, dalej do innych miejsc, do innych spraw, by na końcu tej eskapady, co oczywiste, trafić do łoża jakieś cudownej matrony nocną porą. jakość techniczna jest więc zbędna. więcej – jeśli obraz na fotografii będzie technicznie lepszy od realnego to odbiorca może uznać go za sztuczny. oczywiście ludzie chcą doskonałych technicznie urządzeń ale od obrazu malarskiego lub fotograficznego oczekują czegoś innego – czegoś co wzbudzi w nich doznania estetyczne lub poruszy wyobraźnię.
ostatecznie więc całkowicie świadomie i samodzielnie, bez jakichkowleik naciksów sprzedałem cały sprzęt cyfrowy i kupiłem używany sprzęt wyłącznie średniformatowy. od tego czasu wyjmuję kliszę i nic więcej nie robię ze zdjęciem. odbitki robi stary pryk przed emeryturą. jakość odbitek i ich głębia, węgiel i kawa, ostrość znakomite. odbitka szybko w dużym formacie. no i brak tych zmartwień z prawidłową ekspozycją. przyznaję, że nie używam slajów i dlatego czasem mogę znacznie się pomylić z ekspozycją (w cyfrze musi być idealnie w punkt). dzięki temu opanowałem 5-6 wzorców i ustawiam światło na wyczucie z doskonałym skutkiem – naturalnie wyjątkowo jak muszę. no i jestem mistrz /cesarz / twórca / Wielki Pan itp., nie zniżam się do roboty w studiu. pachołek kąpie moje zdjęcia.
moim zdaniem po wielu doświadczeniach muszę stwierdzić tak: każdy chwali swój sprzęt, swoją metodę itd. dzisiaj wielu ludzi nabyło drogi sprzęt cyfrowy i robią wszystko aby uzasadnić, że ze zdjęciami z tego sprzętu, wszystko jest ok. ale nie jest. i oni i też to widzą. jednak kombinują i szukają potwierdzenia, że jednak jest ok wśród innych podobnych sobie.
czy ktoś widział fotografię cyfrową równocześnie z pięknym ziarnem (kawa) a przy tym z ostrymi krawędziami na obiekcie i z tłem o bardzo niskiej rozdzielczości? nobla temu kto zdoła takie zdjęcie pokazać. albo głębokie, butelkowe zdjęcie równocześnie lekko zadymione, na którym buty, włosy i faktura ubrania nadal mimo zadymienia są wyraźnie, realistyczne wyglądające tak, że wydaje się, że można ich dotknąć.
nie opowiadajmy sobie bajek. cyfra jest dobra do szybkiego reportażu i mody do setek pism weekendowych. kto ma oko, wie o co chodzi i ma jaja, ten bierze analog średniego formatu. kto z cyfrą, a nie zarabia na niej, ten frajer-amator.
P.S.
tak widzę to dzisiaj. nie jest wykluczone, że fotografia cyfrowa w przyszłości to będzie zupełnie inna bajka niż dzisiejsza tzw.fotografia cyfrowa. wtedy trzeba będzie siąść i znowu się nad tym wszystkim zastanowić . ale dzisiaj wszystko wygląda klarownie.
maj 15, 2009
Reply
@Kunta: mam nadzieję, że nie wywołasz świętej wojny; tak czy siak, dzięki za tak obszerne słowo :)
maj 15, 2009
Reply
@Rudolf
moje wystąpienie było incydentalne. na pewno nie będę szalał i wprowadzał zamieszanie na Twoim bardzo przyzwoitym blogu. od czasu do czasu zaglądam na Twój blog lecz nie komentuję, uznając prawo każdego do tego co chce i jak chce robić. ten artukuł mnie ośmielił. wiesz chciałbym speuntować wszystkie moje dywagacje tym (bo także one mogą okazać się nic nie warte), że ostatecznie liczy się tylko zdjęcie na ścianie i ocena odbiorcy. jeśli wojna – to wojna! wojna pod szyldem: foty na ściany!
pozdrawiam Cię i powodzenia.
maj 20, 2009
Reply
Rewelacyjny tekst, analogi forever ! :)
maj 25, 2009
Reply
hmmm.. to też wiemy :)
cze 12, 2009
Reply
Tekst istotnie ciekawy i przekorny, ale wywoływanie świętej wojny w celu wykazania absolutnej wyższości jednej techniki nad drugą jest – w moim przekonaniu – bezcelowe. Fotografia analogowa ma bezsprzecznie swoje ogromne zalety, a i względy sentymentalne nie są pozbawione znaczenia (w tym przyjemność obcowania z solidnymi, ponadczasowymi konstrukcjami mechanicznych aparatów fotograficznych i magią obróbki ciemniowej). Ale… okresy przełomów i rozstania są zawsze trudne i bolesne. Przeżywali to już nasi poprzednicy w okresie przejścia z dagerotypii (obrazy o niepowtarzalnym uroku) na kolodion, a następnie miłośnicy fotografii kolodionowej przy przejściu na suche płyty i błony zwojowe. Warto o tym pamiętać.
Nie zapominajmy także o tym, że naprawdę dobre i ciekawe zdjęcie obroni się zawsze, a najmniej istotnym pytaniem będzie pytanie o rodzaj i markę użytego aparatu.
Używanie techniki cyfrowej jest w coraz większej mierze podyktowane koniecznością ekonomiczną, bowiem dostępność i cena sprzętu i materiałów fotograficznych są zawsze pochodną wielkości produkcji. Nie bez znaczenia jest i to, że wielu amatorów nie ma warunków do urządzenia własnej ciemni i czasu na poszukiwanie coraz droższych i trudniej dostępnych materiałów analogowych, nie wspominając o czasie na ich obróbkę.
Na razie obydwie techniki (analogowa i cyfrowa) współistnieją i oby tak było jak najdłużej. Cieszmy się zatem i fotografujmy tym, na co możemy sobie pozwolić, byle mądrze, z rozwagą i dobrze. Pamiętajmy także, że względna taniość fotografii cyfrowej nie uzasadnia traktowania aparatu jak karabinu maszynowego i wychodząc na zdjęcia robione dla własnej satysfakcji wcale nie musimy przynosić do domu setek zdjęć – wystarczy kilka dobrych.
P.S. A i tak zawsze zachowam sentyment do Flexareta i Rolleiflexa, które skutecznie uczyły mnie rozwagi przy fotografowaniu i dzięki swym ograniczeniom dawały nieporównanie większe poczucie wolności, niż torba wypełniona kilogramami nowoczesnego sprzętu.